Gdy wczoraj rano otworzyłam oczy, wiedziałam, że są to moje najlepsze urodziny od trzech lat 🙂 Cisza, spokój, mąż obok, dziecko obok. Słyszę ich oddechy. „Oprócz błękitnego nieba” – zanuciłam w myślach… i było błękitne! Było błękitne przez cały dzień wbrew wszelkim prognozom!

TE urodziny miały dla mnie wymiar symboliczny. I nie dlatego, że urodziny to urodziny same w sobie.

Coś się dokonało. Zatoczyło koło i wróciło do pewnego punktu. Do R-Ó-W-N-O-W-A-G-I po prostu!

Dwa razy z rzędu, w TYM czasie byłam w TYM samym miejscu. Na oddziale położniczo-ginekologicznym. W TYM samym szpitalu. Za pierwszym razem w TYM czasie żegnałam dziecko. Za drugim – witałam. A raczej czekałam na powitanie. Ale w wielkiej obawie. Czy będzie happyend? …

Całe dwa lata zajęło mi dotarcie do celu. Do miejsca, w którym jestem dziś. Teraz. Do punktu, w którym mam pewność, że moje dziecko jest tu ze mną. Bezpieczne. Do punktu, w którym odczuwam wewnętrzny spokój. Tak. Jestem spokojna.

Za kilka minut kończy się dzień dziecka utraconego. Puszczam w myślach swój balonik. Ostatni raz.

Mówiłam, że zamykam drzwi? Nie! Ja nimi trzaskam! I od tej pory zamierzam być już tylko szczęśliwa.