Wyobraź sobie

… że jesteś w sklepie. W popularnej odzieżowej sieciówce. Jednej z ulubionych. W przymierzalni chcesz zmierzyć upatrzone spodnie. Zakładasz jedną nogawkę, potem drugą. Wytrenowanym ruchem wiecznie spieszącej się matki – sprawnie naciągasz portki na tyłek.

W tym momencie czujesz przeszywający ból. Łzy same napływają do Twoich oczu. Już powoli ściągasz spodnie by dowiedzieć się „co” jest sprawcą tego nieoczekiwanego uczucia. Widzisz kilkunasto-centymetrową ranę na udzie, z której sączą się czerwone krople, a na upatrzonych spodniach ślady krwi. <Mam foty ale nie będę Was raczyć>.

Autorką dzieła na skórze o wzorze noszącym znamiona sztuki współczesnej jest agrafka z doczepioną metką. Rozpięta. Zamocowana przy guziku na pasie.

A teraz wyobraź sobie

…że ktoś mierzył te spodnie prze Tobą i zdarzyło się to samo. Że osoba ta była nosicielem wirusa WZW typu B czy C albo HIV. Albo, że Ty jesteś chory i zostawisz sprawę (agrafkę) otwartą. Narazisz kogoś…

Pewnie powiecie, że doszukuję się problemów, że przesadzam? Ryzyko przecież znikome, ranka do wesela się zagoi. Ale wiecie… przypadki chodzą po ludziach.

Oczywiście, że widziałam, mierzyłam, kupiłam w życiu wiele ubrań metkowanych agrafką. Ale dopiero, gdy „poczułam JĄ” na własnej skórze – zastanowiłam się nad ewentualnymi konsekwencjami. Przydarzyło mi się to pierwszy raz! I ostatni. Bo nauczkę zapamiętam na całe życie i już zawsze będę sprawdzać czy nic przy mierzeniu ciucha mi nie grozi!? Czy za parawanem salonu odzieżowego nic nie czyha na moje zdrowie?

Dla mnie, jak dla większości kobiet, zakupy są przyjemnością. Nie powinno być tak, że wracasz z nich ze szpetną, szczypiącą raną i nie wiadomo czym jeszcze. Mając na uwadze rachunek prawdopodobieństwa – pewnie nic wielkiego się nie stało. Ale czy nie jest tak, że w przymierzalniach powinnyśmy czuć się co najmniej bezpiecznie jeśli nie wręcz komfortowo? O to postanowiłam zawalczyć, a cała sprawa ma ciąg dalszy.