Idę. Biorę go pod pachę i idę. Idziemy. Jest doskonale. Orzeźwiający poranek. Poranek po burzy. Właściwy poranek po poranku, w którym zdążyłam już poddać serce i duszę detoksykacji. Zrzucić z siebie kilogramy dnia wczorajszego, tak mętnego. Nie mojego.

Jest przyjemnie. Słońce jeszcze nie przedarło się przez chmury, wiatr lekko smuga nasze twarze. Podziwiamy dwa traktory z przyczepami. Nieczęsty widok w środku miasta pretendującego do miana przyszłej metropolii. Widzę w jego oczach, że są fantastyczne. Alter świat, tak łatwo dostrzegalny wtedy, gdy sama chodziłam z mamą za rękę. Niepostrzeżenie przysłoniony wyczekiwaną onegdaj dorosłością. A dzisiaj jest dzisiaj. Więcej życia w życiu. Puchar soku z cytryny, po którym masz ochotę na uśmiech.

Bezpretensjonalne targowisko. Gwar mojego dziciństwa. Kilkudziesięcioletnie stragany. Wciąż te same. Zdrowa żywność od rolników, chińskie szmatki, brzydkie bibeloty z duszą. Czas się tu zatrzymał. Średnia wieku 60 – myślę. Nie, nie 60. 70. I te twarze niektórych „kupców”, którzy są tu od zawsze. Te same oczy lecz nowe rysy. A ja mam tę samą. Błysk w niebieskim oku, charakterystyczne mimika. Schylam się, całuję ją w czoło.

On obejmuje mnie za szyję.

Kupujemy owoce na kompot. Łapie za wielką czereśnię, którą ma w zasięgu ręki. Nie oponuję. Wypisane markerem hasło reklamowe niedbale przyczepione do deski tuż obok, krzyczy, że nie ma robaków. Bierze gryza mięsistego owocu. Czekam w napięciu i nadziei. Nie zjada. Wypluwa do mojej dłoni. Może następnym razem…

Mijamy miody słodkie jak miód, tłoczne stoisko ze „złotem na metry”. U staruszka, który „najdłużej sadził Bryzę” bierzemy śliwki i porzeczki. Chce mnie naciągnąć. Stary wyga.

Wracamy leniwie. Ktoś się do nas uśmiecha. Trwa jakaś chwila…