Posiadanie bloga. A nawet dwóch. Fragment zwykłej i niezwykłej codzienności. Nie spodziewałam się że tak będzie, gdy postanowiłam spisywać efekty doskonalenia sztuki kulinarnej na blogu Carry i Kurkuma. Pamiętacie jeszcze tę nazwę? Zaraz potem, na spacerze „wózkowej” zobaczyłam świnie na smyczy, postanowiłam o nich napisać i tak się zaczęło. Eat, dress, love – freestyle, lifestyle, family (kolejna nazwa).

Chwilę później byłam blogującą mamą pełną gębą. W panelu bocznym miałam linki prowadzące do nowych tekstów dziewczyn, które również pisały i wszystkie, małymi kroczkami szłyśmy ku kolejnym możliwościom. A to nowe logo, grafika na bloga, konkursy z kotwiczeniem bannerów. A to fanpejdż, a za chwilę kolejne społecznościówki, własne domeny, przenosiny na wordpressa, profesjonalne szablony. Pamiętacie?

Wraz z komercyjnymi sukcesami jednostek – bloga zapragnęli mieć wszyscy i coraz trudniej było wyłonić perełki, a one sobie są. Jedne biją blaskiem rażąc wszystkich napotkanych, inne lekko się tlą. Ale są. Jest ich całe mnóstwo.

Zmiany, zmiany, zmiany. Z tym kojarzy mi się blogosfera. Pędząc w całym tym blogowaniu łatwo było zatracić siebie, swój styl, zamknąć się w ramy oklepanego selfie z dziubkiem o instagramowym rozmiarze, a trudno uciec od bieżących tematów kontrowersyjnych czy pseudo-kontrowersyjnych gdzie każdy chce się wypowiedzieć. Najlepiej na opak. Doszukując się trzeźwego ujęcia tematu w celu bycia ponadto. Trudno nie pokusić się o chodliwe tytuły i teksty z serii: 12 zasad, które musisz znać, 4 typy, 7 stylów, 16 elementów, 8 niezbędników, 10 gadżetów, które powienieś mieć, 7 rzeczy, które trzeba zrobić przed końcem świata.

Żadnego końca świata dziś nie będzie. Bo w Tokio jest już jutro.

Lemon „Jutro”

Ostatnio niewiele pisałam. Wirus atakujący wszystkich po kolei i dziesiątki nieprzespanych nocy. Nowe urządzanie się, ściany, podłogi, płytki – srytki i inne przybytki. Realizacja idei, która uderzyła mnie z dnia na dzień choć drzemała we mnie całe życie. I aktywacja własnego atelier. Wsłuchiwanie się w muzykę wygrywaną pociągnięciem pędzla. W muzykę malowaną. Odkryłam ją! Czasem nawet wyłączam radio.

Życie najprawdziwsze i zmysłowe jest poza siecią. Dni dobre i hujowe. Żeby nie pisać literą Miodka „beznadziejne gdyż przepełnione gęstą wydzieliną zalegającą u szczytu dziecięcej twarzoczaszki, tępym bólem głowy, skutkami bezsennych nocy i takich tam…”.

Od pisania bloga byłam dalej za to rozmawiałam o nim więcej niż zwykle. O motywacjach, chwilach zwątpienia, o pasji, która nie jest heroizmem i nie trzeba jej podziwiać tylko dlatego że wymaga wkładu czasu, energii, emocji.

Blogerem się jest lub nie. Na co dzień. Jest się nim tylko lub nie tylko. Blogerem się jest gdy jest się blogerem takim jakim chce się być.  Gdy jest się sobą. Bloger to zawsze osobowość. Każda inna. Bloger nie musi być zajebisty w oczach innych by czuć się zajebistym. Nie musi mieć miliona fanów i zarabiać miliona złotych. Nie musi spełniać oczekiwań. Nawet błędy może trzaskać gdyż… jest u siebie. A jeśli tylko chce – to to wszystko może. I ta możliwość wyboru jest przywilejem.

Znam chłopaka. By zdać maturę z polaka brał korki z pisania wypracowań. Zdał śpiewająco. Po latach można go obudzić w środku nocy i kazać napisać instrukcję odkręcania słoika, która z miejsca stanie się hitem. Można wszystko ale pod warunkiem, że to wszystko da radość. Pod warunkiem, że jest kawałkiem twardego bruku na drodze do celu.

Tak też jest z radością blogowania. Nie trzeba wspinać się na szczyt by zaznać szczęścia. Można na niego wjechać koleją linową, zrobić fotkę, wrócić do domu na ciepłą herbatę i pokornie pisać dalej.

Dziękuję tym, którzy szczerze życzą mi sukcesów! Ja już wygrałam!

„P. Grażynko! Dotarłam do Pani tekstów. Ile uroku, wnikliwości i prawdy w patrzeniu na drugiego człowieka, świata i problemy codzienności… Struny mojej wrażliwości wciąż drgają. Podziwiam, gratuluję i życzę spełnienia wszystkich Pani marzeń!”