To miał być typowo informacyjny post, jeden z wielu podobnych, jakie można odnaleźć w sieci na blogach wszelakich, nie tylko w parentingach. Trzy razy do niego podchodziłam, powstał pełnowartościowy szkic gotowy do publikacji nt. mojej obecności w mediach społecznościowych i bonusowo nt. narzędzi wspierających funkcjonowanie bloga okiem laika. Przy okazji tamtego tekstu dywagowałam nad tym dlaczego nie mam Aska i dlaczego zastanawiałam się nad sensem założenia profilu w Hash.fm. W zasadzie znalazłam go dopiero po rejestracji i użytkowaniu Hasha, a także nałożenia sie na to moich internetowych doświadczeń i obserwacji z ostatniego czasu ale o tym później…

No więc pewnego dnia postanowiłam odhaczyć coś z listy „wiszących” blogowych tematów, zaczęłam wkejać charakterystyczne ikonki i pisać. Bardzo proszę Moi Drodzy, tralalala, znajdziecie mnie na Fejsbuniu, Instagramie, Twitterze… Twitterze…

I wchodzę na tego własnego Twittera, a tam zastaję wówczas niemal 200 obserwatorów. Byłam zaskoczona bo po chwili refleksji uznałam, że kompletnie nie dbałam o to medium, a obserwujący i tak przyszli. No i myślę sobie – kurczę, a co ja im daję? Tym moim 200 wspaniałym?

– Linki do aktualnych postów puszczane z automatu dzięki zintegrowaniu Twitka z innymi socjalami. 

Tylko tyle.

Do Twittera podchodziłam kilka razy. Zawsze na chwilę. Tym razem, czując pewne zobowiązanie, dałam sobie czas i postanowiłam poznać go bliżej. Odłożyłam publikację tekstu, bo w sumie bez sensu pisać, że tam jestem skoro właściwie mnie nie było. I tak, jakiś czas później, tytuł posta, którego właśnie czytacie zmienił się na „Mam romans”, a ja zapowiadałam Wam na FB rychłe wyjaśnienie sprawy. Szkic ewoluował.

O co chodziło? Niemal z wypiekami na twarzy (no dobra, przesada) odkrywałam wtedy tę społecznościówkę na nowo, dowiadując się, że w przeciwieństwie do FB (chyba każdy ma problemy z zasięgami) – ta <nadal> funkcjonuje doskonale. Szybko okazało się także, że Twitter żyje własnym, atrakcyjnym dla wysublimowanego użytkownika internetów, życiem. Ktoś tu kiedyś napisał, że na Twitku generowane są treści, a Facebook pełni tylko funkcje odtwórcze. I rzeczywiście coś w tym jest. Tu wszystko dzieje się szybciej. Od razu. To medium głośne, z jajem i z pazurem. Tak je odbieram. W sumie nie ma się co dziwić. Atrybuty ptaszka…

Ale gdy już się o tym dowiedziałam, ponownie zaniechałam wrzucenia posta. Bo zauważyłam coś jeszcze, pewną prawidłowość, jakąś internetową anomalię. Ćwierkają wszyscy. Wszyscy oprócz blogerów!?!? (wyłączając wyjątki). W sumie zdziwiło mnie to bardzo!!! Gdzie podziewają się wszyscy wielce niezależni twórcy treści i opinii? Zapawdę toż to miejsce dla nich! Zostawiłam sobie czas i miejsce na kolejne zmiany w tekście.

Większość blogerów, tak jak ja, krzyczy o tym, że jest tu, tu i tu i jeszcze tam. Ikonki rozmaitych społecznościówek biją blaskiem z głównych stron blogów. Na Twitterze niektóre blogi są śledzone nie przez setki, ale przez tysiące użytkowników! Sprawdziłam, a raczej po prostu obserwowałam tak jak obserwuję na FB te najpopularniejsze, te które znacie wszyscy. I wiecie co? Większość z nich to konta widmo. Zintegorowane z innymi kanałami ułatwiającymi dostęp czytelnikom ale ubogie w spontaniczne komentarze bieżących wydarzeń i w interakcje.

Nie ma nas! Nie znamy tej społecznościówki. Marnujemy ogromny potencjał.

Trudno blogerowi ogarnąć wszystkie kanały komunikacji, a już szczególnie jeśli w życiu zajmuje się czymś jeszcze poza blogowaniem. Mój własny przykład: zahibernowałam Twitka, zahibernowałam Google+. Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie przekonać się do tego drugiego. Może też powinnam dać mu czas, a potem wejść w prawdziwy związek lub odpuścić całkowicie? Aktualnie tam jestem i mnie tam nie ma jednocześnie. Czy jest sens powielać wszędzie to samo, ignorować, a nawet zabijać ideę konkretnego social medium? Tutaj wracam do Hasha bo to właśnie dzięki temu narzędziu naszła mnie powyższa myśl.

Gdy odpalił zerejestrowało się tam mnóstwo osób. A ja nie, bo w sumie nie wiedziałam o co konkretnie chodzi. Usiadłam w kafejce na trasie, stacjonarny rower postawiłam obok, wypiłam kawę, poobserwowałam, poczytałam prasę  i dołączyłam dopiero wtedy gdy peleton zrobił już dwa kółka. Wiedziałam już wtedy, że Hash zbiera i przetwarza dane nie tylko z blogów ale i z najpopularniejszych społecznościówek z konkretnym blogiem powiązanych. Wiedziałam już wtedy, że bywa tak, iż mało popularny blog na FB ale bardzo popularny na Instagramie, ma na Hashu jakieś „warte uwagi” miejsce. Nie żeby mnie to szczególnie interesowało. Fejs sam do mnie o fejmie krzyczał. Do znudzenia.

Moje znaczące nie było. To nieistotne. Istotne jest to, że eksperymentowałam jednocześnie z HashemTwitterem i doszłam do wniosku, że jak już się w jakiejś społecznościówce zaznacza swoją blogerską obecność, to warto się zaangażować i każdą z nich karmić inną, uzupełniającą się treścią. Dublować co najwyżej zajawki postów, by zasygnalizować, że coś nowego się pojawiło, a osiągi będą lepsze. Bezsensem jest jednak mierzyć każdą socjalkę jedną miarą, bezmyślnie gderać wszędzie o tym samym.

Mogę sobie wyobrazić, wiem to już nawet, że czytelnik, śledząc blogi, oczekuje kompleksowości. Spójności w działaniach, a jednocześnie karmienia treściami rozmaitymi. Takie czasy. Kompatybilne części składają się na jedną, soczystą, lepszą jakościowo całość. Jak jesteś to bądź, a jak Cię nie ma to nie udawaj, że jesteś. Na Twitterze wyszczekana blogosfera właściwie nie istnieje i to chciałam dziś powiedzieć.

Więcej się nie wymądrzam bo się nie znam. Jadę na wakacje.