Nic nie robić. Nie umiem w to. Wykorzystuję jednak to, czego dawno się nauczyłam. Staram się angażować w każdą czynność, choćby miało to oznaczać kiszenie na leżaku. Chyba, że mnie głowa boli. Ale jak nie boli, to nawet w gotowanie domowego, pachnącego rosołu się wczuwam. Bo wierzę, że jak jedzenie przyprawisz o kawałek serducha i szczyptę dobrej myśli, to zdrowsze i smaczniejsze będzie. Zresztą gdyby nie z miłości, to wcale by mi się tego rosołu gotować nie chciało.

Spróbuj powiedzieć to
nim uwierzysz że
nie warto mówić kocham
Spróbuj uczynić gest
nim uwierzysz, że
nic nie warto robić

Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości

Staram się. Ale nie zawsze wychodzi. Nie, że rosół. Bo choć syn aż tak się nie zajada, woląc babciny, to mężowi smakuje zawsze. Mi też. Nam.

Nie wychodzi to zaangażowanie w jedno.

A już szczególnie, gdy zaangażowanie ma w sobie zawoalowany podtekst zwany presją, która uwierałaby mnie w tyłek, gdyby była scenariuszem jakimś właśnie.

Jak każda kobieta, robię kilka czy kilkanaście rzeczy naraz, to począstkowane już serce, dzieląc na kolejnych milion kawałków. A jak nie robię wielu jednocześnie, to tyle myśli zaprząta moją głowę, że zapominam czasem o priorytecie, a to bujając w meandrach czytanej własnie powieści, a to roztrząsając codzienne troski. No typowa baba i jej rozkminy. Łapię się na tym.

Nie umiem w nic nierobienie, ale też wiele rzeczy mi się nie chce.

A najbardziej nie chce mi się tego, czego chcą wszyscy. Albo wydaje mi się, że chcą. Wrażenie odnoszę, że każdy goni. I czuję czasem i wiem, że w tej mojej wielozadaniowości… gonię i ja. I tego mi się nie chce najmocniej. Tak nie smakuje sól życia. Tak nie smakuje nawet czekolada. Ta, którą te troski zajadam nieraz, zatrzymując się po drodze w spożywczaku i kupując lody, które chwilę potem w domu, serwuję samej sobie. Z borówkami. A do nich parzę kawę. Choć to parzenie, to za dużo powiedziane. Mam ekspres lecz kawa z niego dla mnie za mocna. Wolę lurę. Taka oto gorzka, jak ta moja kawa bez cukru, prawda.

Sól. Niby niezdrowa bardzo. Ale ja ją lubię. Czekoladę też. Czyż sęk nie jest w tym, żeby lubić właśnie? Własne wybory? By nie obwarowywać poczucia szczęścia jakimikolwiek warunkami i po prostu płynąć własnym rytmem?

Na spełnianie nieswoich oczekiwań jestem uczulona w stopniu najwyższym, reaguję wstrząsem, jeży mi się włos na głowie i jeżę się ja. Tak kontruję na realizowanie jakiegoś z góry założonego planu w ogóle. Wiecie? Ja naprawdę lubię napić się tej kawy i ta poranna jest rytualna. Dostarczona do łóżka jako komponent mojej chwili, przeznaczonej na budzenie. Najlepsza. Od niego.

Ale kolejną nie zawsze chce mi się wypić o tej samej porze. Bywa, że nie jem, nie kładę się spać regularnie, nie chce mi się wyglądać źle albo dobrze, coś robić, gdzieś iść. Bo nie przekonują mnie koleje rzeczy. Że dzień to dzień, a noc to noc wraz z ich konsekwencjami i trzeba to przyjąć z pokorą. Zaakceptować. Musieć. Że kalendarz mam wypełniony po brzegi. Szlag!

Niby czemu to wszystko ma służyć? Heloł świecie! Może mi się nie chce kierownikować własnemu życiu i to jeszcze w imię Twoich niepisanych regulaminów? Może wolę trwać w symbiozie z prądem rzecznym? Obejrzeć serial w środku dnia, albo wszystkie odcinki w jedną dobę, z łóżka wychodząc jedynie po Prosecco? W nocy wyjść na długi spacer? Nie planować wakacji i jechać przed siebie, olewając walizki i pakowanie? Zaszyć się w leśniczówce na miesiąc? Od książki nie odrywać albo od pocałunku? Nie wstawać rano i nie kłaść się w nocy? Wziąć plecak i wyjechać na drugi koniec świata? Zawsze mówić wprost? Kląć jak szewc kiedy się chce? Bez założeń.

Bo mnie się chce właśnie tak. Nie inaczej. Może źle, ale mam na to wywalone.

A słucham sobie dziś tego.