Chciałem spędzić z Tobą 27 pięter

– tekst filmu, który zapamiętałam.

Któż nie chciałby żyć wiecznie? Szczególnie będąc cały czas zjawiskowo pięknym, młodym i bogatym? Adaline dostała od losu taki prezent. Nie ma jednak nic za darmo. Wieczna młodość ma swoją cenę. Podaruję sobie opis fabuły, można przeczytać go gdziekolwiek. Krótko… To film o samotności, przemijaniu i miłości. Z happy endem.

To romantyczna opowieść okraszona błyskotliwym humorem głównych bohaterów, pełna specyficznej magii i dostarczająca wzruszeń. Piękna i warta poświęcenia czasu. Skłania do refleksji a tego właśnie w kinie epatującym mielizną zwykle szukam. By wynieść cokolwiek dla siebie.

Nie zachwyciła mnie szeroko komentowana kreacja Harrisona Forda, który rzekomo ukradł kilka scen. W filmie miał swoje pięć minut jednak jeśli zwrócicie uwagę np. na scenę z rzuceniem synowi kluczyków to może tak jak ja dojrzycie, że był raczej komiczny i groteskowy niż przekonywujący w swojej roli. To moje zdanie i pewnie nie do końca jego wina a trochę scenariusza. Bo „Wiek Adaline” to film, który z jednej strony wręcz emanuje pięknem, a z drugiej ma w sobie sporo elementów, które brzydko nazwałabym nieprzystającymi „sucharami”. Kiczem. Myślę, że kilka scen mogłoby wyglądać inaczej.

Ale „Wiek Adaline” to baśń a baśnie pełne są fantastyki. Mamy tu fantastykę i abstrakcję, film jest naprawdę ładny, dobrze się go ogląda i tylko „czegoś” mi w nim zabrakło. Albo może „czegoś” było za dużo. W każdym razie jeżeli spodziewacie się obrazu na miarę „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”  to nie to i niech Was inne recenzje nie zwiodą.

Bardzo podobał mi się natomiast wątek dotyczący relacji matka – córka ale nie chciałabym za wiele zdradzać. Sami zobaczycie bo „Wiek Adaline” to film, z którym warto spędzić 110 minut. Spędziłam. Tylko tylko tyle i aż tyle.

I odnośnie moich wątpliwości z FB… Mąż też nie zasnął. Podobało mu się <3