Doprawdy, nie wiem jak to się stało!?

Nie mam pojęcia, jakim cudem przetrwaliśmy ten survival, który miał miejsce na placach zabaw! Tam, gdzie żółty piasek był tylko w piaskownicy. Gdzie za miejsce centralne, a zarazem strategiczny punkt dla relacji społecznych uznawano trzepak, na którym godzinami zwisało się głową w dół i gdzie drabinka była zrobiona z metalowych prętów i jeszcze można było się na niej huśtać…

Nie wiem, jakim cudem nie zeżarły nas pasożyty bytujące w tych nieprzykrywanych miejscówkach na nieogrodzonych placach zabaw? I jak nie poplątały nam się nogi i nie pozatykały przełyki, gdy namiętnie skakaliśmy w „kręconkę”/”sznurek” czy w gumę, żując jednocześnie Donalda lub Turbo. Jak przeżyliśmy po serii mocnych uderzeń z piłki podczas gry „W dwa ognie”?

Nie wiem, jakim sposobem nie zgubiliśmy się, nikt nas nie porwał i nie wpadliśmy pod samochód wracając sami ze szkoły albo podczas zabawy w podchody, gdzie z pola widzenia rodziców znikaliśmy na pół dnia, oddając się szaleńczym pościgom, wcale nie po bliższej okolicy… Nikt nie wiedział gdzie się podziewamy, bo w zegarkach, zamiast GPS’a mieliśmy jedynie obrazek Myszki Mickey. Nasze pierwsze kontakty z technologią ograniczały się do wyświetlaczy, Atarii, gierek w jajka, z lisem i zającem z ruskiego rynku oraz bajek słuchanych przez telefon. Ale to od święta. Jak udało się nam oswoić w późniejszych latach strefę „tech” pomimo takich braków? Nie wiem.

Nie wiem też, jak to się stało, gdy zimą, zjeżdżając z ojcami na sankach, z wysokiego wzgórza, gdzieś w środku lasu i między drzewami, nie trafiliśmy w jedno z nich…

Zielona jestem, myśląc o tym, jak udawało nam się trwać poprzez nasze dzieciństwo, w hierarchicznej osiedlowej bandzie i finalnie nie skończyć na kozetce u psychologa… (Tak samo jak po kontaktach z niektórymi nauczycielami).

Budować „bazy” z tego co udało się znaleźć i nie pozabijać się, przesiadując na drzewach, w prowizorycznych domkach bez certyfikatów jakości? Nie wiem jak wszelkie rany nabyte w walce o podwórkowe przetrwanie, udawało się „zaleczać” fioletem, a tak opatrzeni biegliśmy dalej i nikt nie sprawdzał czy się spociliśmy… Jak przetrwaliśmy to dzieciństwo?

Zatapiam się w myślach głęboko, wspominając letnie, beztroskie kąpiele w odkrytych basenach czy zbiornikach, do których „podróżowaliśmy” sami. Bez opieki rodziców, wyposażeni w kanapki, picie i parę tysięcy na wstęp (jeśli kąpielisko strzeżone), Pepsi z butelki i lizaka lodowego lub ciepłego loda. Jak to się stało, że potrafiliśmy znaleźć drogę bez aplikacji, a potem pływać nie pobierając wcześniej lekcji i nikt z nas nie utonął? Nie wiem. Nie wiem też, jak przeżyliśmy jeżdżąc całymi dniami po wertepach, na rowerach bez kasków i dlaczego nie dopadło nas płaskostopie czy inne badziewie, po bliższych spotkaniach z Relaxami czy sławetnymi sandałkami z plastiku? Dlaczego nikt nie spadł i niczego sobie nie połamał, gdy opalaliśmy się na dachach bloków? Albo gdy biegaliśmy po garażach, skacząc na koniec z dwóch metrów? Wysokości.

Kyrie eleison, ale nie wiem jak udało nam się przeżyć dzieciństwo, jeżdżąc z jednym z ojców nad wodę, maluchem, bez pasów, a nade wszystko bez airbagów, w liczbie osób, średnio o dwa razy większej niż zaznaczono w dowodzie rejestracyjnym?

Pojęcia nie mam zielonego, jak udało nam się nie chorować zanadto wpierdzielając chleb z cukrem (ja akurat nie miałam okazji, ale wiem, że to był hit; babcie serwowały mi natomiast kogel-mogel czyli surowe jajko z cukrem i dodatkiem kakao)? Czy też okienka wysmażane na oleju słonecznikowym, zwane też kratkami, a współcześnie „Przysmakiem Świętkorzyskim”, który to przysmak, wyhaczony w spożywczaku przez mojego S. wywołał lawinę tych wspomnień. I dlaczego pozwalano nam pić słodką i gazowaną oranżadę i (o zgrozo! pewnie pełne chemii!) napoje w woreczkach!? Nie wiem.

A i bladego pojęcia nie mam, jak udało nam się przetrwać do dziś, we względnym zdrowiu, spożywając onegdaj mleko od krowy, pajdy jasnego chleba ze smalcem i niemyte owoce prosto z szaberków i suplementując się jedynie Vibovitem i Visoltvitem prosto z paczki? Lubiliście na sucho?

Nie wiem, jakim cudem udało nam się wyrosnąć na przyzwoitych i niegłupich ludzi, skoro nie mieliśmy dostępu do interaktywnych zabawek, a nasze popołudniowe zajęcia to nie była matma Montessori, angielski, robotyka, sztuki walki czy balet, a zazwyczaj zabawa z kumplami, z której wracaliśmy umorusani po uszy, obdrapani i posiniaczeni? Albo podekscytowani wygraną w wyścig pokoju, w którym zawodnikami były kapsle?

Nie wiem jak mogliśmy być szczęśliwi, gdzie jedynie od wielkiego dzwona dane nam było skosztować pomarańczy, banana czy chałwy albo dostać lalkę Barbie z Pewexu lub czołg z plastiku? Jak udało nam się zbudować normalne, niezdegenerowane życia, jeśli nawet gumy do żucia w szkolnych sklepikach miały kształt papierosów?

Ech… dzieciństwo… Nie wiem jak to się stało, że wyszliśmy z niego bez szwanku!? A może nie? Nie twierdzę, że było lepiej, ale było naprawdę fajnie.