Mąż się ze mną nie nudzi. Realizuje wszystkie moje pokręcone pomysły i zakładam, że ten z Woodstockiem, dla gościa, który z żoną znacznie lepiej czuje się w klimatyzowanej restauracji niż w szczerym, zakurzonym, pachnącym rozmaitymi zapachami polu, gdzie słońce daje w palnik nie do wytrzymania – taki właśnie był.

Jestem lubuszanką, ba – nawet lokalną patriotką jestem, jednak na Woodstockowym festiwalu, który miał właśnie swoją 20 edycję – byłam po raz pierwszy w życiu. A to za młoda byłam, a to mnie nie ciągnęło, a to się nie składało. Co skłoniło mnie żeby wybrać się akurat tym razem? Chęć złapania nowych wrażeń, łamania schematów – również własnych. A przy okazji postanowiłam sprawdzić o co tyle hałasu no i na dodatek blogerzy z ich warsztatami… Byli blisko, a ja miałabym nie skorzystać? No way! Ostatecznie przewrotny mój los i tak zadecydował inaczej. Już w sobotę rano wiedziałam, że nie dotrę na warsztat z Iloną i Ewą, a póżniej korek na drodze skutecznie stłumił moje nadzieje na dotacie na czas na wykład Mediafunem. Nie mniej jednak nagle rozbudzona ciekawość samego przystanku i tak zawiodła mnie daleko. Tak daleko, że uskuteczniając rekonesans nabawiłam się mega odcisków na stopach, które aktualnie leczę choć raczej z uśmiechem na ustach niż z grymasem bólu.

Wracając do schematów. Nie wiem jak jest u Was. W mojej okolicy, pomimo tego, że Woodstock odbywa się dosłownie tuż obok – ludzie mają o nim często błędne przekonanie. Zawsze o tym wiedziałam. Z jednej strony jeździ tam masa osób, która dalej niesie radosną wieść, z drugiej, wizerunek festiwalu jako całości wydaje się być stereotypowy. Tylko brud, smród, sex, drugs i „ciężki metal”.

Jak jest naprawdę?

Woodstock to taka kolorowa bańka o idealnym kształcie z żywym, głośnym sercem w samym jej środku… Tętni i migocze w słońcu.

Zaparkowaliśmy na przeciwległym do miejsca imprezy krańcu miasta i przeszliśmy całe. Po drodze mijaliśmy wielu uczestinków 750-tysięcznego festiwalu. Okupowali trawniki, szczególnie miejsca zacienione, galerie handlowe, parki, dosłownie wszystko. Po „zewnętrznej” banki. Wśród nich mieszkańcy Kostrzynia N/O. Jedni zintegrowani totalnie, toczący życie równolegle do niecodziennej aczkolwiek powtarzalnej sytuacji, inni, szczególnie przedstawiciele „osiedlowego monitoringu” – choć po latach – to wciąż jakby zaskoczni, obserwują wszystko i wszystkich z pootwieranymi buziami. Dalej.

Mało oznaczeń. Nie potrzebne. Wystarczy iść za tłumem. Większość wraca ze sklepu, głównie z napojami. Gorąco. Co chwilę mijamy butelki, puszki. Ale nie rozpierdzielone po całym mieście – wszystko na stosach gotowych do zabrania przez służby porządkowe. Z pola szambiarki jeżdżą hurtowo. Po trzy w kolumnie. Zaraz za nimi parada motocykli. Surrealistycznie. Idziemy. Monitor od kompa zawieszony na drzewie imitujący fotoradar. Obok nas wciąż ktoś inny. Jedni podjarani, że przybyli na przystanek <koncert Comy odbywający się tego dnia zgromadził gigantyczną publiczność>, inni zjarani. Fakt. Grupki znajomych, całe rodziny, „inteligenci” w Ray Ban’ach, dużo młodzierzy. Ci ostatni rozmawiają głównie o tym ile wypili, ile jeszcze zamierzają. Jest impreza. Zew młodości. Ktoś oblewa przechodiów wodą, ktoś inny piwem. Celowo. Trudno umknąć. Miłość miłością, przyjaźń przyjaźnią ale śmierdzieć piwem ochoty nie mam.

Bardzo długo stoimy na przejściu dla pieszych. Ruchem kieruje policjant. Tłum czeka. Nikt nie stęka. Mogłoby się to wydawać takie nienaturalne dla naszego narodu. Każda sytuacja dobra jest do narzekania. Myślę o maruderach komentujących ruch przy cmentarzu 1go listopada. Myślę, że głupie porównanie przyszło mi do głowy. Ale może nie? Może to porównanie dobitne? Wnioski pozostawiam Wam.

Wtem. Wchodzisz tam jak do innego świata. Serce bańki. Tygiel subkultur, ludzki mix. Rozpiętość wiekowa, statusowa, każda i wszyscy obok ale razem. Tłoczno, ale nikt się nie pcha. Ktoś się potyka. Ktoś go podnosi. Ktoś dzieli sią kanapką, ktoś ratuje napotkanego wodą – polewa mu kark. Trwają sobie cali szczęśliwi w kilkudniowej utopii. Bo tam właśnie utopijnie jest. Na chwilę uczestnicy festiwalu zamieszkują na planecie Jurka, gdzie konformizm nabiera innego znaczenia, gdzie w swojej bańce, która naprawdę jest dla mnie absolutnym zjawiskiem, czują się wolni i w pełni akceptowani. Nie dziwi tu nikogo odejście od wzorców. Chyba ta możliwość bycia sobą przyciąga tu ludzi najbardziej. Tutaj mało kto stwarza pozory. Takie odniosłam wrażenie.

Tak. Jest tu wszystko. Jest kurz, alkohol, toy-toy’owe aromaty. Są obrazki, które nie powinny trafiać do oczu zanadto pruderyjnych. Ale da się tu wyczuć, że jest coś więcej. Niesamowita, zapewne niepowtarzalna atmosfera tej osławionej przyjaźni, a także wspólnoty i wolności w jednym.

Czy jest tu syf? Jest. Np. w toalecie na stacji benzynowej ludzie rezygnowali ze skorzystania pomimo odstania kliklunastu minut w delikatnie mówiąc – nasłonecznionej kolejce. Czy fantastycznie wyglądał gość jedzący obiad ze słoika pod toy-toy’em? Nie. Jest tu wszystko. Ale nie ma tu nic co mogłoby dziwić kogokolwiek kto ma szczyptę wyobraźni na temat tego jak zorganizować wydarzenie, które będzie w stanie przyjąć na siebie napór kilkuset tysięcy osób.

Gra muzyka.

I na koniec odpowiedź na pytanie, z którym spotkałam się kilka razy na FB?

Woodstok z dziećmi?

Jestem zwolenniczką teorii, że można wszystko, ale jeśli chodzi o tę imprezę – to naprawdę niekoniecznie. To nie jest, i słusznie, impreza przygotowywana z myślą o nich i dla nich. Staremu nic nie będzie jak zatka się kurzem, zakłuje go w uchu od głośnej muzyki lub gdy postoi godzinę w kolejce choćby za czymś do picia w parzącym słońcu. Było dramatycznie gorąco. Napotkane maluchy w wózkach zakrywano, wentylowano ale dla nich to i tak musiała być męczarnia. Starsze dzieci Woodstocka, ale nie te które wpadły z rodzicami na 2-godzinny spacer, tylko te, które „bawią się” tu dłużej – chodzą znużone, ciągnąc nogę za nogą.

Nie ma co idealizować. Jest dobra, nawet genialna muzyka w ogromnej dawce. Jest fantastyczna zabawa. Trzeba wspomnieć, że odbywają się tu wyjątkowe wydarzenia kulturalne, interesujące warsztaty. Są tu inspirujący ludzie wychodzący otwarcie do zainteresowanych. Fascynujący uczestnicy. Ale jest i alkohol nierzadko w nadmiarze, są tu „odloty” i wymiociny. Z jednej strony chóralne  hymny do jednego czy drugiego Boga, z drugiej zataczające się niekontrolowanie małolaty, które przypadkiem mogą na dziecko wpaść.

Impreza dla dorosłych. Wyluzowanych. Nieortodoksyjnych.

DSC_0083 DSC_0089 DSC_0076 DSC_0077 DSC_0094 DSC_0096 DSC_0102 DSC_0104