Uparcie trzymam się października, jako mojego ulubionego miesiąca w całym roku. Kolejne lata pokazują mi jednak, że na pierwsze miejsce w moim sercu zasługuje grudzień. Jest taki film, zresztą całkiem niezły – „Choć goni nas czas”… z uniwersalnym przesłaniem w fabule. A mnie ten czas najczęściej nie goni. To ja się z nim ścigam. Stanęłam pewnego dnia na linii  startu i choć bywa trudno, bolą nogi, czasem serce, a innym razem mam zadyszkę – to jeszcze wytrwale dotrzymuję mu kroku. Wciąż w nadziei, że to jednak on wreszcie zwolni.

I mam wrażenie, że zwalania właśnie w grudniu. Może zmęczony całym rokiem, w którym trzeba dotrzymywać mu tempa? Może jest łaskawy dla słabszych? Kątem oka dostrzegam, że dzielą nas milimetry na moją korzyść. Wtedy, gdy w maratonie, u progu starego roku cisną wszyscy – u mnie rzeczywistość dzieje się w slow motion. Może bierze się to z chwil wytchnienia, które doceniam, którymi się cieszę i z którymi przymykam oczy w rozkoszy… Tak jak w momentach, gdy będąc nad morzem zachwyca krajobraz, odurza zapach, a twarz smuga ostry wiatr i zagubione krople tańczące bezwiednie w powietrzu. Mam ochotę by zobaczyć horyzont i chyba jeszcze rzucę nań spojrzenie w tym roku. Bo dlaczego by nie? Dzielą nas jedynie setki kilometrów…

Pędzę, bo tak decyduje los, o którym mówi się, że każdy jest jego kowalem. Ja bym powiedziała, że jest się jedynie jego charakterem i karmą. Mam wrażenie, że trasa życia, jej zakręty, podjęte i niepodjęte decyzje i wszelkie spotkania z ludźmi układają się tak – jak ułożyć się mają. Że nie mamy na to decydującego wpływu, a jedynie intuicja pozwala nam się nie pogubić, gdy na drodze natrafiamy na rozwidlenie bez znaków. Choć w ostatecznym rozrachunku doprowadzi nas konkretnie do TEJ chwili, a nie gdzieś indziej. Że nieuchronne jest… przeznaczenie? Cios przyjęty przez nieobojętnych mi ludzi – tylko mnie w tych spostrzeżeniach utwierdza…

Dziś Wigilia. Godzina 9:35. Leżę i piszę. Jedne z moich ulubionych czynności oprócz słuchania, czytania, picia kawy… Intuicyjnie wyłuskuję co cenniejsze. W domu jeszcze nieporządek, gwarancja skosztowania odrobiny tradycji u niezłomnej mamy. Ja nie dałam rady. Nie za wszelką cenę. W zamian poczucie sprawienia radości dziecku z powodu spotkania z przyjacielem, stan upojenia momentami z moimi chłopakami bez biegania, którego na co dzień mam aż nadto, kolejne stronice dobrej książki pochłonięte we względnym spokoju, nie podczas sprintu przez każdy kolejny dzień i głowa, serce przepełnione wspomnieniami ze spotkań z autentycznymi ludźmi, których na trasę podsunął mi grudzień. On zawsze mi to robi. Pstryka palcami, z których rozbłyska iskra wiary w to, że dobro wygrywa, że wstanie z kolan nie jest niemożliwe, że choć czas głównie zabiera, to potrafi być też balsamem. Popycha do tego by coś zamknąć i coś otworzyć, czy się to komuś podoba, czy nie. Poddaję się, zamykam, otwieram i idę dalej bez strachu i z zaufaniem.

Z okazji Świąt, z okazji, że jesteście tu, w tej chwili ze mną, i że w ogóle jesteście – życzę wam wszystkiego co najlepsze, umiejętności zwolnienia w każdym maratonie tylko po to, by nacieszyć się widokami na trasie, wiary w siebie i w ludzi, spokoju i ciepła na serduchach <3