Walentynki nam się nie udały. Wieczory, gdy Mały pójdzie spać, mamy z mężem dla siebie. Wczoraj też miało tak być, ale Kostkowi wyjątkowo dokuczało wyrzynanie zęba. Piszę, że wyjątkowo, bo zazwyczaj idą mu długo ale gładko. Tego wieczora było dużo bólu, cierpienia i łez i biedaczek, wyczerpany zasnął dopiero o północy. A my razem z nim.

Miałam sen. Całkiem przyjemny. Iście idylliczny. Sielankowy obraz zmienił się nagle. Wypadły mi wszystkie zęby. Obudziłam się przerażona o 5:50. Poszłam po szklankę zimnej wody na otrzeźwienie 😉 Myślę sobie… zęby, zęby… pewnie przez ten ZĄBi wieczór. W międzyczasie wstał do pracy mój mąż i pomimo, że na co dzień wstaję razem z nim i pracuję, dopóki Kosta się nie obudzi, dzisiaj z tego zrezygnowałam, bo byłam zbyt zmęczona żeby coś konstruktywnego wymyślić. Powiedziałam mu tylko na dzień dobry i do widzenia – uważaj dzisiaj na siebie, miałam okropny sen (nadal nie mogłam się otrząsnąć, woda nie pomogła ;)).

… wstaliśmy o 9:00. Jak zwykle włączyłam od razu radio, a tam deszcz meteorytów. Myślę sobie: niezwykły poranek. Zauważyłam, że telefon „miga”. Sprawdziłam – nieodebrane od męża. Zrobiło mi się gorąco, bo wiem, że nie budziłby mnie bez powodu. Oddzwoniłam i usłyszałam bardzo złą wiadomość. Sen się urzeczywistnił. Na szczęście nie stało się nic, co by zagrażało zdrowiu, życiu i tak dalej więc zmartwiłam się tylko na chwilkę, a zaraz potem odetchnęłam z ulgą. Strata do odbudowania. Non problem.

Pewnie to zbieg okoliczności. Ten sen i wydarzenie. Ale i tak, ja „sur” ale jednak realistka, zastanawiam się dzisiaj nad metafizyką, przesądami i snami proroczymi.