Dowiedziałam się przypadkiem. Pani z okienka, u której wykupowałam pakiet dla syna – spojrzała mi głęboko w oczy, a potem, niczym zaklinaczka jakaś – przekonała na mnie do zaserwowania takiego zestawiku i sobie. Kobiecego. Rozszerzonego. W promocji był, a jak wiecie – połączenie kobiety i promocji zwykle jest takie, że wraca się do domu jak gdyby nigdy nic, a gdy mąż po miesiącu wyczai, że twoja bluzka, kurtka, apaszka jest jakaś inna i coś mu nowością pachnie, to ty mówisz „No co ty! Stara!”. No i na taką bonifikatę dałam się złapać, bo jak kobieta kobiecie mówi „bierz, koresponduje z twoimi oczami, warto!” to wciągasz w ciemno, zakładając, że ci w tym do twarzy. Nawet jeśli jest to… pakiet badań kontrolnych.

Niestety, ale wyniki nie przyniosły takiego radosnego uczucia, jak to, gdy z Rossmanna wypadasz z siatą pełną kolorowych kosmetyków, a akurat trwa akcja dwa w jednym. Już prędzej takie, które jest podobne do tego, kiedy w chacie zapodajesz sobie ten nowo zakupiony podkład, wychodzisz na zewnątrz, zerkasz w lusterko albo ktoś zerka dziwnie na ciebie i okazuje się, że na miejscu twarzy masz maskę obrysowaną na pomarańczowo, niczym Mandaryna z czasów, gdy „Ich Troje” śpiewali „Powiedz”.

No więc okazało się, że coś mi dolega. I nie jest to zbyt obcisły T-shirt, ani spodnie, spod których przebijają się wałeczki, będące pokłosiem spożytego dzień wcześniej ciasta. I dwa dni wcześniej i trzy…

Wydało się. Poszło w eter, że to co przeczuwałam – może mieć odzwierciedlenie w realu. Wpadłam w lekką panikę, ale wszyscy wokół mówili, że będzie dobrze. Że norma normie nierówna, że to co wysoko – jeszcze spadnie.

Niezbyt obiecująca diagnoza wstępna znalazła jednak potwierdzenie u jednego i drugiego specjalisty od spraw niemożliwych, a drążenie i roztrząsanie tematu stawiało okoliczności w coraz to ciemniejszym świetle. Na dalszy rozwój wydarzeń trzeba było po prostu czekać i starać się nie tym nie myśleć. Lub jak kto woli – myśleć pozytywnie.

Czekałam. Choć nie powinnam – wypijałam z tą myślą wiele kaw. Czasem, aby zapomnieć choć na chwilę – szwędałam się po galeriach, ale tym razem witryny do mnie nie przemawiały. Już nic nie było w stanie mnie ucieszyć. Nawet zakupy.

W końcu parametry zostały ponownie sprawdzone, a by oswoić tę pewną już chorobę, nazwałam ją tanią szmatą.

Tak. To już pewne. Zachorowałam.

.

.

.

Na to futro z wyprzedaży.