Zawsze miałam pociąg do sztuki, do muzeów. Być może właśnie z tego powodu, w wieku kilku lat, otworzyłam własne. Moje osobliwe muzeum znajdowało się na okwieconej łące za domem dziadka. Piękna była. Dzika, kolorowa. Taka, jaką chciałabym mieć gdybym miała własny dom i gdybym panicznie nie bała się kleszczy. Wtedy, wiele lat temu – dziady te tak nie atakowały. Kolorowa łąka. Czyż nie idealna sceneria dla mojego awangardowego panoptikum?

W muzeum dostępna było tylko jedna ekspozycja. Kolekcja kamieni. A tych to na polu ziemniaków, które to było rzut kamieniem od wystawy – nie brakowało. Byłam w żywiole. Do dziś uśmiecham się szelmowsko na myśl o tych poszukiwaniach na miarę Indiany Jonesa, pieczołowitych pracach archeologicznych, gdzie waga odkryć była mniej więcej w tej samej randze co prowadzenie wykopalisk przy Pompejach i Herkulanum i o tej satysfakcji, gdy po robocie  mały człowiek spoglądał na swoje eksponaty.

Już wtedy, albo w kolejnych latach – nie pamiętam dokładnie – dowiedziałam się, że kamienie nie zawsze są interesujące, intrygujące i fajne. Czasem ciążą. Mnie ciążyły zawsze wtedy, gdy majaczyłam w gorączce. Wtedy, w surrealistycznych snach – spadały na mnie i zwyczajnie mnie przygniatały. Z tego wyrosłam, ale im człowiek jest straszy, tym o kamieniach uczy się więcej. Np. tego, że się nimi rzuca. Rzucają ludzie. Pół biedy jeśli puszczają kaczki na wodzie. Gorzej, gdy rzuca jeden w drugiego…

Mitologiczny Syzyf pchał swój kamień pod górę, bez końca. Ja swoje kamienie w drodze na szczyt, te leżące i te latające bez skrzydeł – po prostu omijam, a jak są małe – to je wkładam do stanika i na szczęście biorę. Ale nie chucham, bo musicie wiedzieć, że chuchać na szczęście nie wolno. Wydmuchuje je się wówczas, nie przyciąga. Nie chuchajcie w znalezione monety i papierowe. Już prędzej włóżcie znajdę do stanika. Pewien współczesny wojownik, były piłkarz Barcy Thiago Alcantara powiedział: „Kamienie na drodze? Weź je wszystkie! Kiedyś zbudujesz z nich zamek”.  Też tak sądzę. Druga sprawa to taka, że nigdy nie wiesz co znajdziesz. Może tylko eksponat do dziecięcego muzeum, a może minerał księżycowy pełen energii z kosmosu.

Rozmawia syn z ojcem. Tym, który w obrączce nosi dokładnie te same silne kamienie co ja. Moi. Syn mówi:

– Tato, może niech mama zrobi jutro swoją i twoją pracę, a ty zostaniesz ze mną?

– Mama nie potrafi wykonać mojej pracy, a ja nie potrafię wykonać jej pracy.

– No tak! Gdyby mama podniosła jakiś kamol na budowie to by padła. Ona ma takie delikatne rączki…

Nie podnoszę kamoli na budowie. Duże na drodze omijam bez cienia pokory, z małych buduję zamek. Kamień na kamieniu, postawiłam ostatnio nowy pokój w królestwie. Taka tam różowa komnata.