Koniec emisji. To już ostatni odcinek. Teoretycznie można by oczekiwać, że słuchacze będą równie nienasyceni i zdruzgotani, co połowa ludzkości po zakończeniu kolejnego sezonu „Orange Is The New Black”, „Wielkich kłamstewek” czy [podstaw właściwą odpowiedź]. Jestem ciekawa jaka jest Wasza „właściwa”? Co tam wciągacie po nocach zamiast dusić komara?

Tymczasem życie bywa iluzją, w której nie łatwo dostrzec alternatywę.

Koniec emisji. To już ostatni odcinek. Przeszło mi przez myśl, że skoro nie ma niedosytu to może nastąpi ulga… Mniej więcej taka jak po medialnym komunikacie, że oto właśnie kończy się emisja „Klanu”. Wiecie, że tego nie da się odzobaczyć już od 20 lat? Bez kitu. Sprawdziłam. 4 dni temu Lubiczowie obchodzili rocznicę. Niestety bez Ryśka, który jak pamiętamy dokonał żywota w wyniku popchnięcia na glebę przez złodzieja. Widziałam na You Tube. Spektakularnie. Na miarę Hanki w kartonach. Komunikatu o końcu „Klanu” chyba nie było, ale tak sobie radośnie wyobraziłam. W moich wyobrażeniach porwałam się nawet na wizję zakończenia nadawania „Wiadomości TVP”, choć i tak nie oglądam odkąd raz zajrzałam z ciekawości. Ale myślę, że Polsce by ulżyło. Na głowę. Jak z tym „Klanem”.

Ulgę mają moi. Luz. Bo koniec emisji. Spokojnie. Tylko na jakiś czas. Mnie się to zdarza ze dwa razy do roku. Razu pewnego pojechałam na spotkanie blogerskie. Dawno to było. Wtedy, gdy jeszcze blogiery nastawiały się na fajne relacje w realu, nie tylko na profesjonalną wiedzę nt. podwyższania UU i trendy dot. działań we wszystkich możliwych social mediach. Nawet nie pamiętam czy wtedy funkcjonowały już fanpejdże. Chyba nie. No więc pojechałam, ale wiecie jak to jest. Jak coś planujesz to rzadko idzie zgodnie z planem. No i wtedy, w sobotę, w dniu wyjazdu obudziłam się. I był koniec emisji. Na rodzinne spotkanie, z rodziną mą, pojechałam i rzec bym mogła, że nie puściłam pary z ust. Kasię wtedy spotkałam z Minilamiv. Między innymi. Całe szczęście, że zdarzają się porozumienia ponad słowami. I te bez nich. Można się dogadać. Można też uchodzić za mruka. Gdy się mruczy. Ja nawet to nie.

Powiem Wam, że mi aż tak ten koniec emisji nie doskwiera. Słowo jest dla mnie cenne. Zawsze było. Nie lubię ich marnować, rzucać na wiatr. Słów. Mówić nie przepadam, gdy coś nie warte jest komentarza lub go nie potrzebuje. Albo, gdy już wszystko zostało powiedziane. Pleść trzy po trzy sensu nie widzę. Stricto i largo. Pragmatyzm mi wyparowuje. I coś w tym jest. Nawet mój laryngolog tak twierdzi. Nie, że o pragmatyzmie tylko o nieżycie. Że za dużo nie powinnam. Ale są też tacy, co mówią, że właśnie powinnam. Ponoć mam zadatki na Czubównę. Ja to raczej skłaniam się ku żółwiowi niż ku Czubównie. Gdy siebie słyszę to mam wrażenie, że taśma magnetofonowa się tnie i ktoś zwolnił tempo. Słucham drugi raz. czasem nawet łączę to z obrazem w telefonie na InstaStory czy coś. I choć nie do końca wiarę daję – wynika, że to ja…

Miewam tak, że gdy spotkam się z kimś, rozmawiamy przy kawce to na jednej myśli się łapię. Czy aby nie gadam za wiele? Czy nie zanudzam kogoś na śmierć? To byłoby marnotrawstwo. Z drugiej strony jestem totalnie rozrzutna. Takie we mnie nieścisłości. Tym pisanym słowem nie oszczędzam. Gdy ślubnego jakiś czas u boku nie było, nieraz zastanawiałam się – czy aby nie więcej dziś napisałam niż wypowiedziałam?! Wyobraźcie sobie tę skalę.

Jestem też łasa. Zaborcza. Na czytane. Na słuchane. Na połączone z muzyką, na niosące historię. Równie skomplikowaną co prostą. Lubię słuchać. Słów.

Koniec emisji. Dziś ostatni odcinek. Ulgę mają moi i luz. Choć wiem, że żarty stroją wszak nie mówię za wiele. Nie zrzędzę jak zołza. Nie rzucam na wiatr, nie nużę nieskończonym słowotokiem.

Ale jeden ma radochę, gdy mówię – umyj zęby! A on wtedy udaje, że nie słyszy szeptu (choć wiem, że tak) i idzie prosto do łóżka z uśmiechem szelmowskim, że zatkaną matkę wykiwał.

Matkę co znów straciła głos i szepcze.