Editor's Rating

– Mamusiu! Chciałbym zobaczyć jak metełolyty zachowują się w kosmosie – rzekł pewnego dnia mój niespełna 4-latek.

– Masz wielkie marzenie. Choć myślę, że z meteorytami będzie jeszcze trudniej niż tym płetwalem błękitnym, którego chcesz kiedyś spotkać (marzy o tym odkąd skończył 3 lata) to wszystko jest możliwe, więc na pewno się uda. Ja w to wierzę.

Mniej więcej miesiąc później. Jesteśmy na spontanicznych zakupach. Robimy je wyjątkowo późno ale i sytuacja jest wyjątkowa. Zwykle po 19:00 (tak, tak – wyjątkowo późno) Kosta śmiga już w piżamie. Tymczasem dziś wychodzimy z hipermarketu. Przemierzamy niemal pusty, przestrzenny parking. Nagle, tuż przed nami coś rozbłyska. Światłem nie do opisania. Przelatuje nad parkingiem ciągnąc za sobą jasny ogon, rozświetla się resztkami sił i gaśnie bezgłośnie. Piękne.

– Co to było? Pyta ktoś.

– Jak to co? Metełolyt! – nasze dziecko krzyczy rozemocjonowane. Prawda, mama?

– Pewnie jakaś spadająca gwiazda na szczęście.

Ostatnio jakoś nas opuściło…

To był meteor. Dokładnie ten, który z ostatnim dniem października spalił się nad Polską i nad naszymi głowami na parkingu Tesco.

Wszystko jest możliwe. Nawet niemożliwe. Niemożliwy był nasz ostatni rok. Dzień za dniem. Miesiąc za miesiącem. W każdym okazywało się, że gorzej być nie może. A potem, że jednak tak. Ciosy, razy, żale i smuteczki. Poziom egzystencjalny. Speed w istnieniach, które wolą być slow. Bieg spraw niezależny od oczekiwań. I starań. Nawet dziś, w 31-go grudnia, ostatnim, nieproszonym do naszego życia zwyczajem – wjechaliśmy z niefajnymi przygodami…

Późne popołudnie. Ja go kocham a on śpi. Inaczej. On śpi, ja kocham i czuwam…

Choć wydawało mi się, że punktem kulminacyjnym był wypadek mojego Seby, że limit „złego” się wyczerpał, to było to tylko złudzenie… Najdziwniejsze jest to, że w świetle równoległego do abstrakcyjnego życia – życia, to co złe wydaje się być paradoksem. Groteską cholerną jakąś. Monty Pythonem. Tyle dobrego, pozytywnych emocji, miłości ile dostaję od moich chłopaków, doświadczanej każdego dnia, pozwoliłby mi obdzielić ziemię, niebo i ten kosmos pełen meteorytów i jeszcze zostałoby na zapas. Parabola. Emocjonalny koktajl Mołotowa. Wypiłam za dużo. Coś wybuchło. Może to i dobrze. Na początku był wielki wybuch…

Wierzę. Że z nowym rokiem zaczniemy od nowa. Że po nocy będzie dzień. Podobno w niektórych miejscach na świecie jutro już jest…

2015 zrobił nam wszystkim psikusa, a mi – orędowniczce tolerancji i poszanowania dla suwerenności, dostało się jeszcze po nosie. Ze sto razy stanęłam na krawędzi wiary w ludzi. Wcześniej nie miałam takich doświadczeń. Wcześniej nie przecierałam oczu ze zdumienia…

Do ludzi zawsze miałam szczęście. Spotykałam oświeconych, mądrych i ciekawych. Spotykałam motory nie hamulce. Ostatnimi czasy spotkałam też innych. Szczęście sfisiowało na całej linii. Dziś jednak wiem, że tak musiało być. Że stało się to w jednym tylko celu. Po to, bym tę niemal utraconą wiarę, mogła odzyskać po tysiąckroć. Przypomnieć sobie bardziej. Zrozumieć jeszcze lepiej. Pochylić się nad tymi, których żal mi mocniej niż siebie samej. I uściskać tych, którzy oprócz mózgów mają skrzydła, którzy inspirują.

Blog. Pisząc dziś tych kilka słów, po długiej przerwie, poprzedzonej poprzednimi przerwami – zastanawiam się czy to początek końca, koniec, a może koniec końca i nowy początek. Nie porzuciłam pisania. Ba! Wbrew pozorom nawet blogowania nie porzuciłam. Jestem w tym codziennie. Nie tu i nie tam skąd mnie znacie. W trzeciej przestrzeni czuję się jak ryba w wodzie, uczę się, w mej głowie kiełkuje nowe. Dowiedziałam się, że bloger blogerem jest zawsze i wszędzie. Niekoniecznie tu i teraz.

Chciałabym móc powiedzieć (choćby sobie samej), że wracam i tutaj ale nie znam odpowiedzi. Pewna Szczęśliva dziewczyna napisała, że może spotkamy się na Księżycu… Ziemia nie sprzyja, a kosmos tak. Gwiazdy dają znaki. I wszystko możliwe jest. Wierzę, że znajdę drogę na ten swój Księżyc.