Mój S. rezyduje po Polsce. Kilka miesięcy tu, kilka TAM. Organizuje, działa, spotyka ludzi, poznaje. Po wykonawcach, projektantach i urzędach lata. Sprawy niemożliwe załatwia od ręki i to jest fakt. Także gdybyście chcieli coś, co np. możecie mieć dopiero za dwa lata – to dzwońcie do niego. Załatwi.

W jednym z miast TAM, nie tak wielkim jak Warszawa przyszłości za to znacznie mniejszym, gdzie większość osób zna się co najmniej z widzenia – jak zwykle rzucił się w wir pracy.

Potrzebował przyłącza, w sprawach formalnych udał się do urzędu. Po załatwieniu papierologii powiedziano mu, że w kwestii wykonania najlepiej mu będzie zgłosić się do „mam wyjebane”. Jako, że z urzędnikiem nadawał na tych samych falach i wcześniej trochę sobie żartowali – odebrał to jako dowcip, któremu rozmówca, w ramach luźnej atmosfery, zapomniał nadać kontekst.

Któregoś razu S. pojechał do hurtowni zrobić zamówienie. Coś tam miał jeszcze odebrać od razu.

– Jedź Pan pod bramę nr 3, tam „mam wyjebane” wszystko Panu wyda.

Trójka była zamknięta, ktoś wydał fanty na dwójce i na tym zakupy się skończyły.

Szukając kogoś do wykonu jednej z usług związanych z realizacją projektu S. – polecono mu zgłosić się do „mam wyjebane”.

– O co chodzi z tym „mam wyjebane”? Wszędzie o „nim mówią”. Wszyscy mnie do „niego” odsyłają, ale w właściwie nie wiem o kogo chodzi.

– U nas wszyscy go znają. Ma na wszystko wyjebane. Jak go poznasz – od razu będziesz wiedzieć, że to on.

Pojechał ten mój S. na stację benzynową, zatankował, poszedł zapłacić i kupić coś do picia. Przy półce z wodą stał gość, który czytał gazetę.

– Przepraszam? Chciałbym wziąć wodę. Czy mógłby Pan się na chwilę przesunąć?

– Mam wyjebane.