Usłyszałam przypadkiem. Kiedyś. W radio nadawali. Nie wiem co to za audycja była, nie znam początku rozmowy ani jej końca. Tylko ten fragment, który zapamiętałam i pytanie do Joanny Koroniewskiej o zwierzanie się fryzjerkom czy kosmetyczkom.

Nie zwierza się. Czytała o problemach tychże, które to pewne informacje uzyskiwanie od klientów, ich historie odczuwają jako balast. Bo bywają trudne, obciążające. No bywają. Znam kilka opowieści jakich miała okazję wysłuchać moja kumpela – fryzjerka. Rozumiem. Nawet mnie jedna z nich, zasłyszana ze dwa lata temu,  do tej pory uwiera. Wracając … J. Koroniewska mówi dalej o „najbezpieczniejszym temacie” jaki przy okazji zabiegów czy stylizacji można poruszać:

Dzieci

No właśnie. Zakładając, że specjalistki od upiększania jak i klientki są obdarzone potomstwem to tak. Dzieci to zdecydowanie temat numer jeden! Matki wszystkie bez wyjątku, nie tylko spędzając czas na zabiegach kosmetycznych, uwielbiają nawijać o dzieciach. Niech ktoś zaprzeczy.

I to nie dlatego, że ich mózgi są zmielone na papkę o jednolitej konsystencji niczym mix jabłek i bananów z blendera trzydziesto-funkcyjnego. Bo przecież nie jest. I nie dlatego, że nie mają o czym mówić gdyż ich codzienność składa się z dziesiątek powtarzalnych czynności, wśród których są ekscytujące eskapady na… plac zabaw, gotowanie w myśl najmodniejszych książek kulinarnych z Empiku… pulpecików bezglutenowych czy zakładanie stylowych legginsów sportowych tylko po to, by w ramach ćwiczeń schylić się czternaście razy dziennie, ażeby w podskokach i chodakach zmieść okruchy z bułek, pieczywa Wasa czy wafli ryżowych. Otóż wcale nie!

Matki to po prostu lubią. Ta-dam! To może trochę dziwić w kontekście tego, że walczą ze stereotypami co by „być matką ale pozostać kobietą” lub wkurzania się, że odkąd dziecko się pojawiło to wszyscy pytają tylko o nie. Ale jak wiadomo – świat pełen jest paradoksów.

O dzieciach lubi się mówić. Łatwo i bezrefleksyjne. W końcu temat wdzięczny taki.  Ale czy to aby na pewno takie bezpieczne?

Prawa strona kija. Alert dla rodzica.

No raczej nie. Kiedyś w kawiarni dla dzieci i rodziców jedna Pani opowiadała jakąś „gównianą” opowieść o swoim synku i w trakcie nakreślenia jego kupkowego-treningo-czystościowego CV dostała w głowę klockiem. Drewnianym takim (żeby nie było). Także widzicie. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie.

A tak na serio. No jaki on bezpieczny? Szczepione, nieszczepione. Karmione naturalnie, karmione mm. Rajtki w miejscach publicznych. Kolorowe paznokietki. Żłobkowe vs. bliskość non stop. Spanie tu lub spanie tam. Dieta, wybór rodzinnego, wybór zajęć dodatkowych. Ba! Wybór imienia czy pieluch nawet. Każdy temat może być zarzewiem do dyskusji na poziomie level hard a w najlepszym przypadku do głupiej uwagi rzuconej mimochodem, zdegustowanej miny współrozmówcy czy wymownej ciszy.

Jak w podstawówkach czy w polityce tworzą się obozy. Czy muszę pisać jakie? Toć wiadomo! I serio. Dziwię się niezmiennie od ponad 3 lat, że tak właśnie jest. Wcześniej się nie dziwiłam bo żyłam w bezdzietnej nieświadomości. I wdzięczna jestem o losie!, że otaczają mnie matki, z którymi można i o dzieciach i o pierdołach bez wojny. No bo jasne, że lubimy.

Prawa strona kija. Alert dla dziecka.

Zastanawia mnie jednak co na to nasze dzieci, w przyszłości? W sytuacji gdy krąg matczynych opowieści zostanie gdzieś nadszarpnięty, zerwany lub gdy temat kupy wyłowiony z kanalizy internetu wjedzie na tacach rówieśniczej próżności wprost do ogólniaków, w którym uczą się byłe „maluszki? Nasze, twoje, wasze.

Czy nie będą miały ochoty zdzielić nas tym klockiem?