Jechałam ostatnio zawieźć Kostka na imprezę urodzinową do sali zabaw. Żyję w niedoczasie, ale za to jestem wytrawnym logistykiem. Zatem wszystko zaplanowane. Odbiór z przedszkola, prezent, ogarnięcie posiłku, bo wciąż mamy ogromne problemy z jedzeniem i poza domem gotów chodzić głodny, przebiórka, moja kawa, torba na podarunek do kupienia po drodze i strzała. Suniemy. No i posunęliśmy. Lokalna kwiaciarnia z torebkami w asortymencie zamknięta, więc kupiliśmy ją ostatecznie w dyskoncie w pobliżu sali zabaw. Przebijając się wcześniej przez całe miasto w godzinach szczytu. Pakowanie na parkingu, w środku tłum ludzi, bo tych urodzin to więcej niż jedne, kapcie z worków jak w szpitalu, poszukiwania wolnej szafki, wciskanie kurtek na chama bo ciasno. Kiedy już taka upocona, zmachana, ale z poczuciem ulgi na sercu i ze stylowymi reklamówkami na stopach w najmodniejszym kolorze khaki, radowałam się że zdążyliśmy na czas i już miałam odhaczać dziecko na liście… zrozumiałam. Że to nie ta sala zabaw, a właściwa jest w innym końcu miasta…

No więc od nowa. Przebijanie się do szafki wśród tłumu i TYCH dźwięków jakie dochodzą z zatłoczonego miejsca dziecięcych uciech, kto był ten wie, kto był z migreną ten wie bardziej. Wyciąganie zmiętolonych kurtek, ubieranie butów i wszystkiego, lot do samochodu, który zostawiłam po tamtej stronie ulicy gdzie market (a co tam, przejdziemy się) i rura. Przez miasto, na remontowanej trasie, w korku. Przepchałam się cudem w kilkanaście minut, ale dalej trafiłam na zamkniętą ulicę. I żeby dojechać na urodziny – musiałabym okrążyć miasto. Wypakowaliśmy się więc z auta, zostawiliśmy na pastwę losu byle gdzie i kontynuowaliśmy na pieszo. Determinacja. Przyczyną zamknięcia drogi był położony nieopodal budynek, który mijaliśmy. A raczej jego ruiny. Tyle co zostało po wyburzeniu, a ja z nic nie mogłam sobie przypomnieć jak wyglądał wcześniej, nim w górę prochu się obrócił. No nic. Ostatecznie dotarliśmy wprost na dmuchanie świeczek, impreza była udana, a kolejnego ranka omal nie zaspałam na rowery, bo zmęczony po wieczornych harcach brzdąc – dał nam pospać prawie do ósmej.

Do ósmej mówię Wam! Niebo niemal! Nie licząc, że tej nocy spał z nami, bo choć niedawno, po latach prawie sześciu zadecydował o przenosinach do własnego łóżka – wciąż nas „odwiedza”. Na szczęście, bo tęsknimy. Jednak ja mam wówczas <w odruchu bezwarunkowym> nos i żebra na ścianie, do której zwracam się w ramach zachowania protokołu bezpieczeństwa, gdyż syn mój sypia tak, że kilka razy omal nie straciłam oka otrzymując niespodziewany strzał. Z pięty. Z kolei mąż mój wówczas stara się nie spaść z łóżka.

Na rowery udało mi się dotrzeć na czas. Na szczęście tym razem niczego nie pomyliłam i trafiłam do właściwego klubu fitness. Pedałowało mi się dziarsko, bo i wyspana byłam i energia fajna i muzyka motywująca. Na koniec zajęć zabrzmiał mój ulubiony kawałek do jazdy, choć odkąd zapodałam go kiedyś Kostkowi – nie mam muzycznego życia. W każdym razie wtedy, gdy on jest w pobliżu. Słucha non stop. Non stop. I to więcej „non stop” niż słucham ja, gdy mi coś w ucho wpadnie. Jak ten motyw, do którego link zostawiam na dole.

Mimo wszystko zmęczyłam się zdrowo i z uśmiechem na twarzy i byłam cała happy. Tak jak syn mój wczoraj, kiedy chwilę po siódmej rano kupowaliśmy w Biedrze cuksy do przedszkola. Z jakiej okazji? Bez okazji. Miał ochotę i plan przynieść czekoladki – więc czemu nie? Sama też ucieszyłabym się gdyby ktoś mi przyniósł. Choć nie wiem, bo gdy mąż przynosi to się wkurzam, że są i trzeba je zjeść 😉 No bo co się mają marnować?

No więc stoimy w kolejce do kasy w tej Biedronce, a on sobie rozprawia tak, że wszyscy słyszą. „No widzisz mama? Jednak ta Biedra nie jest aż taka zła. Udało Ci się tu kupić aż dwie rzeczy”. Tak. Udało mi się jeszcze z wrzosem o nienaturalnym odcieniu i z rozbawieniem sennego towarzystwa przed nami i za.

Po południu szukałam pewnego dokumentu sprzed lat. Nie znalazłam, lecz w ręce wpadła mi płyta DVD z nagraniami ze ślubu. Przeznaczenie. Jak nie siadam by nic nie robić bo zawsze COŚ, jak nie oglądam TV w środku dnia, tak zaległam przed ekran i spędziłam przed nim całe popołudnie. W środku, olaboga, tygodnia. Zawsze oglądamy przed pierwszym sierpnia, przed rocznicą, ale w tym roku jakoś nie było okazji. I tej płyty pod ręką. Mówię Wam. Jeśli w środku chce Ci się wyć, a nie masz łez, nie umiesz się zmusić choć w głębi czujesz, że potrzebujesz – wystarczy włączyć sobie płytę ze ślubu. Spectrum emocji i ich maksimum. Obejrzałam nawet fragmenty, których nie lubię. Pośmiałam się serdecznie i popłakałam sobie też.

Kilka klipów, zanim tata zabrał go na męskie wyjście, obejrzał ze mną Kostek. Też miał łezki w oczach i powiedział, że to dlatego, że chyba czuje zazdrość. Że go z nami tam nie było. I w ogóle to chciałby cofnąć czas i nam tamtego dnia towarzyszyć. Z kolei wieczorem powiedział ojcu tak: „Tata! Ja się nigdy nie ożenię! Wiesz dlaczego? Bo na zawsze chcę zostać tu. Z Wami”.

A ja myślę, że jednak tak. Bo to fajny chłopak jest i coś czuję, że tak jak kolejka do kasy w Biedrze, tak i do niego będzie się ustawiać. Już współczuję tej dziewczynie. Nienawidzę jej.

Żartowałam. Już ją lubię. W ogóle lubię ludzi, a ludzie chyba lubią mnie. Przywiązuję się. Oglądając ten nasz film ze ślubu, który nie był takim klasycznym wydarzeniem, bo czy klasyczne może być wspinanie się w sukni i na obcasach pod górę, z orszakiem najbliższych za sobą? I złażenie z tej górki we dwoje, z ostatnimi tego dnia promykami słońca rozświetlającymi nasze twarze, które to zaraz umkną za najwyższym szczytem po drugiej stronie kotliny? I czy klasyczny może być totalny spokój w sercu, luz w tyłku i sielanka w tym dniu? Powiem Wam, że jak zorganizowałam tych ileśtamdziesiąt wesel to wiem, że nie. A nam tak było. I wracając do tego dnia, dzięki zapisowi cyfrowemu, znów czułam tę atmosferę. I przypominam sobie, a raczej po raz kolejny utwierdziłam się, bo są rzeczy które mi nie umykają… Że mam za sobą plecy. Ludzi, których nawet jeśli nie widzę na żywo latami i nie rozmawiamy często – to oni są. I gdy się spotkamy, to choć w międzyczasie wydarzą się miliony rzeczy, choć na głowie stanie świat, to między nami nie zmieni się nic. Tak mam i z tymi, którzy bliżej. Ci którzy są obok naszych problemów, wiedzą jak trudny mieliśmy czas o przedwiośniu i później i teraz. Nawet nie wyobrażacie sobie ile wtedy płynęło wsparcia. I wtedy i później i teraz. Rwąca rzeka pełna dobrych emocji.

Zrobię Ci zakupy. Dzwoń o każdej porze. Może chociaż pomogę w sprzątaniu? Zawiozę w każdej chwili. Załatwię kontakt, pomilczmy razem, będę tam z tobą. Tak było. Jest. Ja sobie ze wtedy poradziłam, choć gdybym potrzebowała – dzwoniłabym. Siły dodawały mi plecy. Mam je cały czas. Miałam wtedy i mam teraz, gdy za oknem jesień i w życiu też. Jesteście uśmiechnięci i jesteście moim uśmiechem. Ciepłym wspomnieniem i chwilą obecną. Jesteście wszędzie. Dziękuję.

 

Posłuchajcie koniecznie <3 :

https://www.vevo.com/watch/angus-julia-stone/my-house-your-house-(audio)/CAN131700142