Nigdy nie fascynował mnie nadmiar.

O! Na przykład! W domu mam jedynie dwie pamiątki z wyjazdów. Takie wiesz – stojące i zbierające kurz. Tyle ich przez całe życie nazbierałam!

Jedna jest z Watykanu. Co zwykle przywozi się z Watykanu? Ikonę, różaniec, inne dewocjonalia? Tak myślę. Ja tymczasem mam Sfinksa. Kupiłam go w Muzeach Watykańskich, które zachwyciły mnie bardziej niż … bardziej niż… w sumie nie wiem co! Po prostu gdy stamtąd wyszłam, a zwiedzanie kończy się na kontemplacji dzieła Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej – brakowało mi słów. Jesteś tam z grupą przyjaciół, w której zwykle musisz walczyć o to by dojść do słowa, wychodzicie i milczycie na temat porażającego piękna. I nawet teraz, gdy wracam wspomnieniami do tego miejsca – nadal nie wiem co powiedzieć. Wymownie.

Oczywiście, z MW wolałabym przywieźć sobie jeden z obrazów Dalego, z którym to chętnie wyszłabym pod pachą (nie, no nie że z Dalim, z obrazem!) ale krążący po muzealnych korytarzach szef agentów o prezencji ochroniarza rodem z hollywoodzkiej superprodukcji (Hmmm… czy on nie grał przypadkiem w „Aniołach i Demonach”?…)  i cechach Atlasa, który to pojawiał się i znikał, oraz jego faceci w czerni – samym swoim jestestwem skutecznie odżegnali moje nieczyste myśli. Sfinks nie był przemyślaną decyzją zakupową, zwykle z pamiątkami tak jest, ale wpadł nam w oko i do tej pory lubimy go bardzo.

Moja druga pamiątka to wieża. Zróbmy sobie krótki quiz? Co to może być za wieża? The Shard, Krzywa czy Eifla? Jasne, że ta ostatnia. czy ktoś wraca z Paryża bez wieży? Ja się nie wyłamałam.

I na tym kończy się i tak przydługa lista kurzo-łapów. Mam jeszcze naszyjnik ze szkła z Murano ale on się nie kurzy więc się nie liczy 😉

Wiesz? Ja nawet ramek do zdjęć nie mam, poza jedną. Prezent ślubny. Piękna jest. Kiedyś miałam jeszcze kilka drewnianych. Mieszkały ze mną i z S. w drewnianym domu i wisiały sobie krzywo na drewnianych balach. Pasowały tam. Czasem strącał je nasz pers. A w zasadzie persica i właściwie robiła to często. Bo często była głodna. Choć właściwie powinnam napisać, że ciągle. A że jest wyjątkowo sprytna i upierdliwa (nie żebym głód traktowała za upierdliwość – taki jej temperament, że musi mieć tu i teraz) to każdego ranka, choć w zasadzie jeszcze w nocy, robiła nam numery. A to wytargała z jakiegoś pudła reklamówkę plastikową, w zębach przyniosła ją do sypialni na górę i szeleściła do skutku czyli do momentu, w którym ktoś wstanie i sypnie jej karmy. A to trącała łapą obraz, który dyndał i stukał, a ona siedziała i patrzyła wymownie oczyma kota ze Shreka, a to brała w zęby srebrną bransoletę i przerzucała ją na komodzie z miejsca na miejsce dopóki nie mieliśmy dosyć hałasów… Taka agentka. No ale ja o tych ramkach, których nie mam. Może kiedyś kilka kupię…

Nie mam też wagi. Moim zdaniem jest to przedmiot kompletnie bezużyteczny <z wyjątkami>. No może jest użyteczny dla tych, którzy ważą się często, ale ja się zastanawiam: po co? Czy masz za dużo czy za mało – to do realnej oceny sytuacji waga nie jest Ci potrzebna? A jeśli sprawdzasz codziennie czy wskaźnik różni się o 15 miligramów w stosunku do wyniku z dnia poprzedniego to krótko mówiąc – świrujesz. Waga czy równowaga?

Nie mam wielu przedmiotów tzw. codziennego użytku, unikam posiadania pierdolników. Nie mam też do tego stanu rzeczy żadnej sensownej czy bezsensownej ideologii i przyznaję, że są rzeczy, których miewam za wiele. Miewam. Bo gdy dostrzegam un-stan, nielekkość bytu – niezwłocznie urządzam czystki.

Wiem, wiem od dawna, że do życia nie trzeba wiele. A wręcz warto mieć niewiele. Swoją kompaktowość doszlifowałam w czasie, w którym przeprowadzaliśmy się pięć razy. A wszystko to w okresie 1,5 roku. I to nie z osiedla na osiedle tylko z miasta do miasta, a odległości między nimi były setkami kilometrów. I to nie, że we dwoje, a z kilku- i później – kilkunastomiesięcznym brzdącem. Im dalej w Polskę – tym mniej rzeczy jechało z nami, z czego 3/4 były związane z maluchem i miały duże gabaryty – łóżeczko, fotelik do karmienia, bujak. Wszystkie przydatne w bardzo niewielkim stopniu… Bez sensu. Pod koniec wojaży pakowanie całego mikro-taboru zajmowało tylko kilka godzin, a lecąc w międzyczasie na wakacje – każdorazowo nie bardzo wiedziałam co jeszcze wrzucić do jednej walizki, do której pakowaliśmy całą trójkę < w tym słoiki i pampersy>. Potrzeby zmalały do minimum.

Zabieraliśmy sami siebie, mieliśmy atrakcyjny czas bogaty w poznawanie. Brak przedmiotów nie frustrował. Przeciwnie! Wyzwalał kreatywność, prowokował dobrą zabawę i śmiech. Gdy zachciało nam się ulubionej tarty – pianę z białek ubijaliśmy <między innymi> spieniaczem do mleka. Wynaleźliśmy też dziesiątki zastosowań patelni wok. Przeżyliśmy kilkanaście miesięcy bez miksera, garderoby na każdą okazję ale i bez bliskich osób w pobliżu, które mogłyby na dwie godziny przejąć od nas niemowlę czy później roczniaka <minus>. Zatem wietrzenie umysłów tylko oddzielnie. O ile mój Seba miał tę „opcję” w pracy, ja po jego powrocie mogłam co najwyżej wyskoczyć do pobliskiego rosmanna 😉 To była moja chwila na czytanie etykiet 😉 #takiprzykład. W miejsce sprzętów domowego użytku, których używa się sporadycznie do walizki woleliśmy zapakować mapy i przewodniki.

Nic nie było niemożliwe, a brak rodziny w zasięgu również wpływał na nasz lifestyl w tamtym okresie. Zamiast kina – książki, zamiast śniadania wielkanocnego – radosna twórczość na talerzach. Opowiem Ci jeszcze o tych świętach i kończę. Tamta Wielkanoc wypadała na koniec marca. Mieliśmy jechać „do domu” nie tylko ze względu na ograniczoną ilość garów, które aktualnie posiadaliśmy ;). Kilka godzin przed wyjazdem na Śląsku śnieżyca, a na rękach gorączkujące dziecko. Nie podjęliśmy ryzyka przemierzenia kilkuset kilometrów. Seba tuż przed zamknięciem sklepów zrobił kompletnie niezaplanowane zakupy żebyśmy w ogóle mieli co jeść no i zostaliśmy w domu. Pstrykałam fotki naszej marketowej dekoracji – plastikowym kurczakom – na zaśnieżonym parapecie. To były wyjątkowe święta…

Tym samym, choć zostało jeszcze trochę czasu – życzę Ci świąt równie białych (tak by tym razem pora roku z wydarzeniem się pokrywała), ciepłych, zwariowanych, szczerych. Bez poprzedzającej je gonitwy, bez czternastu blach ciasta, bez ułudnej otoczki i bez spiny! Very Merry!

Graża

A fota jeszcze z ubiegłego roku 😉

dsc_0285