Pewnego wieczoru trajkotałśmy z Agą przez messenger. Dzieci, zakupy, meble, antyki… Zatrzymałyśmy się chwilę przy tych antykach i mówię do Agi, że opowiem jej kiedyś historię szafy. Nie jest na tyle krótka by pykać ją po nocach palcem na ajfonie, więc temat został odłożony w czasie.

W następnych dniach trafiłam na wpisy z akcji #myfirst7jobs. Ubawiłam się przednio czytając opowieści związane z siedmioma pierwszymi pracami, odjechałam w podróż sentymentalną i postanowiłam, że w wolnej chwili opiszę swoją gold-siódemkę. Już nie będę Adze o szafie opowiadać – przeczyta sobie 😉

Stara już jestem więc musiałam sięgnąć pamięcią daleko… Oj daleko… Jezu! Tak daleko, że aż nie mogę w to uwierzyć :/ W lata, w których na listach przebojów królowały Spice Girls, Backstreet Boys i The Kelly Family i w dodatku odsłuchiwało się tego z kaset na walkmanach. W TV puszczano Beverly Hills 90210, Słoneczny Patrol i Świat według Bundych, a prasówka młodzieżowa to Bravo, Popcorn i Świat Wiedzy 😉

Tak było!

1

Moja pierwsza praca to moje pierwsze praktyki. Początek liceum. Trafiłam do dzianej firmy komputerowej. Łuhu! Komputery w tamtych czasach to było coś! Czarny ekran, białe litery, dane na dyskietkach… i to by było na tyle :p Najpierw robiłam porządki w papierach i otwierałam listy. Ktoś jednak zauważył mój „potencjał” i pozwolono mi wklepywać jakieś dane w kompa. Nie pamiętam już jakie, ale pamiętam, że z obowiązkowych i bezpłatnych praktyk odeszłam z umową i 350,00 złotymi w kieszeni. Żałuję, że stało się to kilka lat po denominacji bo nie zostałam nawet na chwilę milionerką, ale 350,00 zł dla takiej małolaty to i tak było wtedy naprawdę dużo! Kasę wydałam oczywiście na ciuchy.

2

A potem dokonało się millenium i w trzecim tysiącleciu trafiłam na kasę „nie na ciuchy”, a w hipermarkecie. Prosto z Agencji Pracy Tymczasowej zatrudniającej hostessy itd. Trochę nie teges, ale tam brało się pracę z dnia na dzień. Kompletnie nie nadawałam się do tej roboty. Pewnego dnia musiałam przeciągnąć przez czytnik karton pełen kartonów mleka, z którego na taśmę wylazł robal gigant. Jakiś wypasiony pająk czy coś i tak sobie po tej taśmie popitalał, a ja miałam ochotę piszczeć i uciekać… Tego samego dnia przyszedł na „zakupy” gość z akumulatorem do auta. Nie wiem do dziś na czym to polega i czy to nadal funkcjonuje i czy w ogóle można w markecie akumulator kupić, ale wtedy było tak, że kupując nowy oddawało się stary. I ja go musiałam wziąć i postawić gdzieś tam po swojej stronie kasy. Byłam wówczas 45-kilową lebiodką. Dźwignąwszy taki akumulator miałam wrażenie, że z ciężaru oczy wyskoczą mi z orbit 😉 Podziękowałam za współpracę.

3

Następnie była akcja o kryptonimie „szafa”. Młodzi, zakochani, na porządne wakacje chciało się jechać. I pojechało się! 2 tygodnie, Międzyzdroje, mamony w bród, było wszystko. Ale za jaką cenę?! Ano za cenę antycznej szafy. Wujek mojego S. zajmował się renowacją. Mój ojciec z kolei, chciał pozbyć się z garażu mega starej i nieużytecznej szafy. Postanowiliśmy ją wziąć, poddać liftingowi i sprzedać. Kloc ważył ze sto kilo lub więcej, transport był problematyczny, ale się udało i od tej pory, wiosenne popołudnia spędzaliśmy w pracowni wujka. Walka z papierem ściernym, zaklejanie pierdyliarda dziurek po kornikach, bejcowanie i inne takie. Ostatecznie wyszło nam niezłe cacko i jeszcze lepsze wakacje. No i co nieco poznaliśmy się na renowacji.

4

A kolejne wakacje to już był poważny marketing. Miałam na chwilę zastąpić kogoś w biurze pewnego zakładu recyclingowego, a kilka dni później „sprzedawałam” z niego prasy do odpadów i sortownie obsługujące całe miasta. Gdybyście mnie dziś zapytali – nie pamiętam ani jednej specjalistycznej nazwy elementów tych urządzeń – wtedy je znałam i dzielnie kalkulowałam moim telefonicznym rozmówcom jakiego sprzętu potrzebują by opękać np. kilkusettysięczne miasto. Do tego oferty, reklama i takie tam. Komputery w tym czasie też działały już nieco żwawiej i po wakacjach pracowałam dla tej firmy dalej, w innym temacie – online. To były moje początki z freelancerstwem.

5

Kelnerka. Międzyzdroje. Praca od 8:00 do końca czyli średnio do 3:00-4:00 nad ranem. 21 dni. Po 21 dniach pozostał ze mnie suchar, a potem organizm szybko nadrobił i już nigdy nie wróciłam do swojej wyjściowej, przepiórczej wagi. Mimo wszystko była to niezła szkoła życia i fajny czas. Lokal był wtedy na topie więc poznałam mnóstwo gwiazd – sporo super osób i trochę buraków żeby nie walić po nazwiskach 😉 Również ludzi „na całe życie”. Dowiedziałam się też co to znaczy wyzysk i oszustwo, a potem wszystko się zmieniło i było mi dane poznać, nowoczesne (jak na tamte czasy) metody pracy. Przyjemnej, efektywnej, pokazującej, że można inaczej i lepiej…

6 i 7

Bo poznałam też Harrego – człowieka otwartego, o ogromnej wiedzy i rozległych horyzontach <więcej możecie przeczytać tutaj: CO DOSTAŁAM OD HARREGO?>. Nie tylko ja, bo był tam ze mną mój S. Trafiliśmy do pracy w niemieckim czasopiśmie turystycznym co mi, studentce Turystyki i Rekreacji mocno pasowało i rozpoczęła się nasza przygoda z pracą w różnych miastach Polski, pomieszkiwaniem w hotelach, zarabianiem „logicznych” pieniędzy i poznawaniem mnóstwa miejsc i ludzi. Jakiś czas później, dostaliśmy od Harrego propozycję, którą odrzuciliśmy, ale dogadaliśmy się „inaczej” i kolejne dwa lata przepracowałam w ramach home workingu studiując jednocześnie indywidualnym tokiem. Cały ten okres ten mogę określić jednym jedynym słowem: rozwój.

Tak było.

Jestem ciekawa Waszych pierwszych siódemek. Piszcie!