Na co cierpi matka?

Na wysypkę.

Matka nieraz wysypuje się. Piaskiem rozpierdzielonym po chałupie jest. Niestety nie tym kinetycznym. Trudno pozbierać. Incydent można ewentualnie zamieść pod dywan.

Na wypalenie zawodowe.

Objawia się wtedy, gdy z wchodzącym do domu po całym dniu pracy mężem, matka jest w stanie jedynie minąć się w drzwiach bez słowa, zostawiając za sobą ten cały bajzel. Wówczas udaje się do najbliższej Biedry czy Rosmanna w celu odreagowania. Matczyny Chilloutowy Mount Everest. Kto da więcej?

Na odrę.

O! Drę się. Czasem.

Na depresję.

Ten moment, w którym uratować ją może tylko kostka czekolady skitranej przed dziećmi w górnej szafce. Otwiera ją, a tam tylko sreberko. Dzień Świstaka.

Na chore napady paniki.

Szczególnie wtedy gdy dziecko choruje. Wystarczy, że środkowo-nocne, oczywiście dla matki słyszalne rzężenie zmieni ton o jedno-milionową, matka już stoi na baczność i jest w pełni gotowa do odjazdu na nocny dyżur. Ostatecznie sama pełni go do rana.

Na nadciśnienie.

Przypadłość nasila się gdy rodzicielka ledwo co zakręci się wokół własnej osi i już widzi jak np. jej roczne dziecko stoi na szczycie meblościanki. Kończy się dobrze. Tylko o jeden siwy włos na głowie więcej.

Na bezsenność.

Bez snu. Wiadomo. Nocne karmienia przez 4 lata, nieumiejętność zaśnięcia zanim imprezowy 18-latek nie wróci z melanżu i w ogóle nim wszyscy się nie położą. Standard.

Na chorobę żołnierską.

Czyli na pociąg do napoju zapomnienia. W przypadku matek jest to gorąca kawa. A przynajmniej ciepła.

Na bóle fantomowe.

Cierpi po utracie drugiej pary rąk, której nigdy nie miała. To samo po wyfrunięciu pisklęcia z gniazda. Houston, mamy problem!

Na ból głowy.

To zawsze.

Na ból serca.

Szczególnie wtedy, gdy orientuje się, że małe stópki nie są już takie małe i śmierdzą.

Na ból dupy.

A nie. Na ból dupy nie cierpi, odcisków nie ma. Nie ma nawet czasu na niej usiąść.