Nasza przygoda z chustą zaczęła się w trzecim miesiącu życia Kosty. O tym, że chcę i będę go nosić wiedziałam już w ciąży, ale cesarka i ogólne wyczerpanie organizmu jakie mnie wówczas dopadło, spowodowało odłożenie planów w czasie. Gdy czułam się już na siłach zaprosiłam do siebie akredytowanego doradcę Akademii Noszenia Dzieci. Moja nauczycielka miała ze sobą całą masę chust dlatego mogliśmy dobrać sobie taką, w jakiej oboje czuliśmy się najlepiej. Postawiliśmy na chustę by:

tkaną splotem skośno-krzyżowym z bambusem. Naturalnie poddawała się odpowiedniemu wiązaniu, miała ciekawy design w pasy, ułatwiające  prawidłowe „naciąganie”. Przyjemna dla ciała i „ciałka”, bardzo wygodna. Idealna. Co ciekawe, moje dziecko, które było jednym z tych noworodków co to w dzień w ogóle nie sypiają (i tak przez pierwsze pół roku…), w chuście ululał się w kilka minut :). Na chwilę, ale zawsze coś! Wyglądał słodko 🙂

Wszyscy znamy cudowne zalety chustonoszenia. Nieoceniona bliskość, zapobieganie kolkom (nasz syn nie miał nigdy!), dobroczynna dla zdrowia dziecka pozycja, zastosowania inne niż samo noszenie (np. chusta jako centrum zabaw – patrz: zdjęcie). Ale dla mnie największym plusem noszenia dziecka w chuście był powód prozaiczny. Wolne ręce! Dziecko mam spokojne ale wymagające, potrzebujące mojego ciągłego(!) towarzystwa od urodzenia. Wspominałam, że Mały nie sypiał w dzień. Zasypiał o 23:00 (co do minuty! every day!) i wstawał o 10:00, 11:00 rano. Przesypiał całe noce z przerwami na karmienie. Ale za to w dzień… ani chwili nie miał zamiaru być sam ze sobą. Niemal non stop na rękach. I w dodatku musiałam się poruszać 🙂 Zero siedzenia. W tej sytuacji miałam problem ze zjedzeniem czegokolwiek w ciągu dnia, nie wspominając już o wykonywaniu jakichkolwiek innych czynności. I wtedy nadeszły czasy chustowe… zbawienne. Dziecko blisko, zadowolone. Moje ręce wolne, czas na wszystko. Luksus.

I tak przez pół roku. Gdy Mały dobił do wagi 9kg stał się dla mojego nadszarpniętego kilka lat temu kręgosłupa szyjnego – za ciężki. Z bólem serca rozstawaliśmy się z naszym Lennym. Teraz służy innemu maluszkowi. Kosta i tak chce wyłącznie chodzić. Obok. Ale planujemy jeszcze poMEI-TAIać 🙂

A już dziś zachęcam Was do udziału konkursie, który przygotowałam wspólnie z firmą Lenny Lamb, fundatorem nagrody. Szczegóły wkrótce!