Przez cztery miesiące mieszkaliśmy w Raciborzu, uroczym, niewielkim mieście na Śląsku tuż przy granicy z Czechami. To co mnie tam uderzało najbardziej, pozytywnie zaskakiwało każdego dnia, w niemal każdej godzinie integracji z tym miejscem to kultura jazdy kierowców. Ale czy przestrzeganie przepisów ruchu drogowego nazywać mam kulturą? Toż to obowiązek jest i standard powinien być.

Znam pewną dziewczynę. Matkę. Tylko jedną taką. W Puszczy Piskiej na Mazurach rezyduje. Pisze, że takie puszczańskie życie bywa czasem uciążliwe. Z dzieckiem może wyjść bowiem do lasu, do lasu i do lasu jeszcze.

A ja mieszkam w mieście. Nie metropolitarnym ale za to pięknym. Takim, które rozkochuje i przyciąga. Oto obiektywny(!) dowód, że tak właśnie jest, o TU. I co mnie bardzo łączy z tą matką jedną? Ano tak jak i ona, na spokojnie wyjść z dzieckiem mogę tylko do lasu. I chodzę, ale niecodziennie bo mam nie po drodze.

W centrum mieszkam i w tej lokalizacji najłatwiej jest wyjść na deptak. Tak! Deptak! Nie – drodzy znajomi z WRO i z WAW – rynkowicze, Ci, którzy zawsze dziwicie się i z deptakiem kojarzycie to, co my nazywamy nadmorską promenadą. U nas jest deptak i już! Dobra, kończę już ten przydługawy wstęp bo mi temat niebezpiecznie meandruje. Do rzeczy…

No więc my zielonogórzanie na ten deptak z rodzinami chadzamy. Wiem co mówię – „wózkowych” zawsze spotykam wiele. Czasem liczę dziecięce bryki w zasięgu wzroku. Ostatnio 12 naliczyłam. Dzieci biegających nie ogarniam. Zimą jak zimą ale w sezonie letnim jest ich pewnie tyle co gołębi przy ratuszu. Więc wyobraźcie sobie skalę – miejsce uczęszczane na potęgę, w każdym razie za dnia na pewno (dygresja taka bo podobno wieczorem nasz deptak umiera)!

My rodzice uciekamy tu od ruchliwych, często zakorkowanych ulic, gdzie na pasy bez świateł wbijać się trzeba, bo nikt się nie zatrzyma. Po doświadczeniach ze Śląska, gdzie z wózkiem przemierzałam miasto wzdłuż i wszerz – razi mnie ogromny kontrast. I nie bierzcie mnie za marudera, który na myśli ma nieprzejezdne dla wózków uliczki, gdzie chodnik nikłej szerokości pomieścić może jedynie małe krasnoludki, przedszkolaki w rządku idące. I aut parkujących na chodnikach, które aby wyminąć – trzeba zejść z ręcznie sterowanym pojazdem trzy- lub czterokołowym tudzież dzieckiem bądź z pojazdem i z dzieckiem jednocześnie – wprost na ulicę – też nie mam na myśli.

Na myśli, w deptakowej sprawie mam… rowerzystów. Wiecie? Jak oni podpisy zbierali coby im warunki do jazdy po mieście poprawić – przyłączałam się do akcji i moi bliscy także. Żyj i daj żyć innym. Jak najlepiej. To moja zasada. I niech oni sobie i po nowiutkich ścieżkach ze wspólnego budżetu i po tym deptaku też jeżdżą!

Ale litości! Nie z taką prędkością!!! Ktoś tego pilnuje? Przecież tutaj pieszy powinien być traktowany priorytetowo! TU BIEGAJĄ DZIECI!!! Nie wiem… może zgłoszeń o potrąceniach nie ma? Ale sama ze trzy razy ratowałam mojego dwulatka z nadciągającej z prędkością światła opresji, a i zderzenie czołowe widziałam. Nadziało się na siebie dwoje rowerzystów! Pozbierać się nie mogli. A gdyby na ich drodze zaplątał się jeszcze dwulatek? Pozostawiam Waszej wyobraźni…

Mamy długi ten DEPTAK (o ironio!) z dziesiątkami uliczek do niego prowadzących. I tak zza tych winkli wyskakują ni z tego ni z owego rajdowcy rowerowi, co to miejsce spacerowe z torem wyścigowym mylą. No więc takie teoretycznie przyjemne przechadzki po starówce, dla rodziców małych rozbieganych dzieci, są uciążliwe bardzo. Co jakiś róg ulicy to dusza na ramieniu, podbieg by znaleźć się na ewentualnej linii ognia tuż przed dzieckiem, zbadanie terenu i idziemy dalej. Najlepiej za rękę. Tu za rękę, przy ulicy za rękę. Czy tak powinno być? Gdzie najbezpieczniej pospacerujesz sobie z dzieckiem w Zielonej Górze? W <xzytejhdiujhidhfiuhrfipuhirfux(!)> lesie! Czyli moje miasto jak ta Puszcza…

Nie mogłabym nie wrócić jeszcze do bezpieczeństwa na drodze, na pasach! Bo jak napomknęłam wyżej – piesi to u nas kolorowo nie mają. Tu nie Racibórz, tu zasady ruchu drogowego nie obowiązują. Namiastka Italii. Słyniemy z wina i bardzo niechlubnych statystyk wypadków drogowych.

Totalne lekceważenie przepisów, prewencja widać słaba. Tutaj moi drodzy, na zebrze – giną ludzie! Tak jak ostatnio Michał. Teraz Michał, innym razem matka z dzieckiem w wózku lub dziadek o lasce. Bo Michał o kulach chodził. Może się potknął, może nie był w stanie uciec przed tym pijanym kierowcą? A matka może spacerówki nie „podbić” bo dziura w drodze będzie, a dziadek może się o laskę zahaczyć… Nie zdążyć…

Podobno lokalną patriotką jestem. Znajomi z innych miast tak mówią. Przez siedem lat, które spędziłam poza Zielonką, opowiadałam o niej wszędzie i wszystkim, którzy chcieli słuchać – w samych superlatywach. Telewizję na kartę ze sobą woziłam lub co sezon dostawcę usług telewizyjnych zmieniałam by zawsze mieć w zasięgu kanał, na którym relacjonowane były wydarzenia sportowe. Na winobranie ludzi zapraszałam, o kamienicy w której nocował John Quincy Adams i innych faktach historycznych zanudzałam. O wszystkim mówiłam pięknie-ładnie.

Ale to była perspektywa młodej, bezdzietnej osoby. Teraz jako stały mieszkaniec i rodzic punkt widzenia mam inny. I po oczach ostro razi kwestia bezpieczeństwa dziecka w mieście. Na drodze i na chodniku w centrum. Szary koniec. Ale o tym się nie myśli.

Z jednej strony miasto doskonale wypada jako przyjazne młodym ludziom, prorodzinne i Wielkim Rankingu Miast „Gazety Wyborczej”  zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce, z drugiej… z drugiej jesteśmy my rodzice i nasze realne problemy. Żłobki, karty rodzinne to nie wszystko. Miasto inwestuje w wizerunek, bilbordy, a ja zamiast tego wolałabym widzieć na deptaku straż miejską, a przy przejściach dla pieszych więcej kontroli. Marsze w akcie protestu przeciw pijanym kierowcom na naszych drogach to inicjatywy społeczne. Tu trzeba włączenia myślenia. Akcji na dużą skalę. Rozgłosu. Otwarcia oczu aparatu władzy i egzekwowania przestrzegania przepisów ruchu. Bo kultury to nauczyć się nie da.