Stefan mieszka na zachodniej wsi. Takiej co to teraz obok starych chałup, pokrytych strzechą, nowe domy pobudowane. Pałace prawie. Bo większość kumpli Stefka za pobliską granicę, do jednej fabryki przetwórstwa drobiu wyjechało i w „zastaw się, a pokaż się” między sobą grają. A Stefek  też się w pewnym sensie zastał i został. I jedynie raz w tygodniu chudego kuraka przetwarza. Łapie, łeb ścina, pióra skubie i opala. A potem matka Stefka rosołu nagotowuje, co to go jedzą po kościele i niedziela jest jak się patrzy.

Stefek po obiedzie, starym zwyczajem, przejętym z dziada pradziada, a właściwie to z ojca swego i z sentymentu do lat młodości, chwyta za rower i na przejażdżkę, drogą asfaltową przecinającą wieś – do sklepu się udaje. Niby, że po kruche ciastka obsypane cukrem – do kawy. Ale żeby dawnej tradycji stało się zadość to jeszcze piwo kupuje. I jak spotka drugiego takiego jak on zastanego, albo innego chłopa ze wsi, to na ławce pod „Widokiem” siadują i browarem się delektują. A potem wsiadają na swe kozy, wciąż finalnie parkowane w stodołach, w których zalegają resztki siana z przeszłości, kiedy to gospodarstwa przeżywały lata świetności i siano wozami ciągnionymi przez konie o odpowiedniej porze roku do „doma” zwożono.

Pojechał raz Stefek rowerem ze stodoły, przy niedzieli, do piekielnego miejsca konsumpcji, którego to ksiądz z ambony raczej nie pochwala. Browara sobie kupił i łyka. Siedząc pod „Widokiem”, który był kiedyś barem pachnącym piwem z kufla i tętniącym energią dojrzałej, ale pięknej i sympatycznej barmanki, co to zawsze w śnieżno-białej bluzce z koronki za metalową ladą i nalewakiem występowała – pomyślał, że jeszcze jedno wypije. Pod te sentymenty.

Ileś puszek później, gdy na polu szaruga nastała, uznał Stefek, że czas do domu wracać, bo tam pewnie kawa przez matulę naparzona już i zimna się zrobiła. Jakoś go jednak znużyło, wlazł do rowu i postanowił tam orzeźwiającej 15-minutowej drzemki zaczerpnąć bo coś mu rower posłuszeństwa odmawiał. I zasnął…

Niedługo potem, przez wieś, przejeżdżali busem trzej rockandrollowcy. Zauważyli Stefka i jego kozę w rowie i choć sami byli z lekka podchmieleni – zatrzymali się, by po obywatelsku pomóc człowiekowi w potrzebie. Sprawdzając jego funkcje życiowe szybko wyszło na jaw, że Stefek nie rowerem a piwskiem jedzie. Dla jaj zabrali go na pakę, a potem znów wynieśli i śpiącego z rowerem do rowu wsadzili. Tyle, że było to 300 km dalej…

Przebudził się Stefek skoro świt, patrzy że w rowie, chwyta za rower, wsiada i jedzie. 100 metrów dalej oczy ze zdumienia przeciera, bo choć po bólu głowy kapnął się, że przeholował to przecież drogę do domu zna. A tu ani charakterystycznych domów ze strzechą, ani kumplowych pałaców tylko tablica „Witamy w Szczecinie”. A Stefek choć świata nigdy nie zwiedzał to z gegry zawsze dobry był i przygodowe książki czytał. I zobaczył tę tablicę Stefek i nadziwić się sobie nie może i do siebie gada „Kurwa, to ja po pijaku taki kawał Polski, w jedną noc, rowerem przejechałem?”.