Jestem chodzącą emocją. Potrafię wzruszyć się słuchając walca. Tyle, że tym razem nie był to walc, którego tańczyłam ze świeżo poślubionym, na własnym weselu. Nie był to ten walc, którego szlifowaliśmy kiedyś pod okiem instruktora, a potem to jego oko było nam już zbędne, bo wirowaliśmy sami. Piękne to były chwile, których pamiętam smak i zapach. Smak pocałunku i zapach drewna „naszej” sali z bali i naszego parkietu. I później, nasz finalny walc, ten gwóźdź programu też był piękny i wzrusza mnie jeszcze czasem, gdy oglądam film z tamtych wydarzeń.

Ale teraz nie wirowałam na parkiecie. Tańczyłam na rowerze stacjonarnym na trzy. Na sześć dościskałam cyclingowy „press” i cudne było to, że tak sobie słucham i jadę i jadę do końca, już bez tej zadyszki przy joggingu, która trochę trapiła mnie jeszcze miesiąc temu, gdy wróciłam do nieregularnych, aczkolwiek efektywnych jednak treningów. I ta muzyka taka piękna, a ja poczułam, że wróciłam. Nie, że do rowerów, czy do joggingu, przy którym myśli się czasem „oesu, umieram”. Do siebie wróciłam.

Po tym jak pewnego dnia nie mogłam wejść po schodach na drugie piętro, po tym jak miałam problem z pokonaniem górki o bagatelnej wysokości 200 m n.p.m. Tej, na którą całą rodziną wspinaliśmy się co weekend w ramach spaceru, a potem z niej schodziliśmy, a potem znów pod nią podchodziliśmy… I nagle mi ta góra urosła. Góry to do siebie mają, że rosną, ale ta wystrzeliła wtedy niespodziewanie…

I z tą nieprzewidywalnością akcji musiałam sobie później poradzić i się udało.

Nie jestem Niemką, nie jestem Amerykanką, nie jestem też sobą z fotki na Instagramie. Gdy kogoś spotkam i gdy ktoś pyta mnie co słychać – nie mówię „Fine, and You?” ani „Danke, gut!”. Nie mam też nieskazitelnej cery bez cieni pod oczami, choć mam korektor i dobry podkład. Jak jest do dupy – to mówię, że jest do dupy. Nie oszukuję innych, bo nie chcę oszukiwać siebie.

Podobnie jak z dietą. Na pierwszej w życiu jestem od miesiąca. I są efekty. Nie odchudzania. Odżywania ciała, które trzeba nakarmić, a ja go nie karmiłam. Pozwalałam mu jedynie przetrwać, na pozornie zdrowym paliwie. Gdy tylko sobie przypomniałam, że powinnam zjeść… A przypominałam sobie czasem, bo były priorytety. Dziecko chore, chora ja i chore wszystko dookoła.

Więc jem i te efekty są. Czarno na białym. Mam to na piśmie i nie ściemniam. Nawet wtedy, gdy cheat meal robię sobie raz na 7 dni, a nie raz na 14. Mam swoje lata, lubię siebie i z kostką czekolady kryć się nie będę. Bo to mój smak. Zaraz po kawie. Z „olaboga” mlekiem.

A ta kawa to podstawa. Pozwala mi na chwilę poczuć się królewną. W zamku pełnym porozrzucanych zabawek i wystającego z kosza prania, w przerwach od latania na mopie i dokładania kolejnej cegiełki do chatki złożonej ze sprawunków zwanych codziennością, o których mówi się: „życie”.

Tak, życie. Jest wtedy, gdy wiesz, że żyjesz.

Nie tylko, gdy jest pięknie i tańczysz walca. Również wtedy, gdy jest do dupy, a jest, bo ja Wam tu o jednej górze piszę, ale w istocie mam ich kilka. Tyle, że nie boję się pod nie iść i nie rezygnuję z konsekwencji (ależ dziwnie to brzmi). Wiecie… ja w górach mieszkałam i nauczyłam się po nich chodzić, a nawet biegać. Tak trochę na ugiętych kolanach, naturalnych amortyzatorach. Ale co tam kolana! Jestem tym typem, który przed siebie pójdzie nawet na czworaka, a ostatecznie się przeczołga.

Jestem siłą. Mogłabym napisać, że napędzaną miłością mojego światełka, mojego syna. I najlepszego towarzysza życia, jakiego można sobie wyobrazić. Mojego muru, który za mną stoi i mojego tarana, który dla mnie wyważy każdą bramę i zniszczy wszystko, co chce zniszczyć mnie. Mojego męża. Tak jest. Ale choć słaba byłam z fizy to wiem, że każde ciało siłę musi mieć własną. Moje ją ma.

Ona ma siłę.

Nie wiesz jak wielką.

Będzie spadać długo,

potem wstanie lekko.