Już pierwsza strona, ba(!) nawet pierwszy akapit <a dalej jest tylko ciekawiej>, sprawił, że mając w dalszej perspektywie czytelniczej treść, której w pewnym sensie zaczęłam się spodziewać, zatrzymałam się na długą chwilę oddając błogo jednym z najprzyjmniejszych wspomnień z dzieciństwa.

Z sentymentem rozpamiętywałam wielogodzinne przesiadywanie z rówieśnikami na wierzbie, na podwalinach której wyrosły później piękne wille z basenami. Jazdę rowerem po plantach, noski z lipy i wianki z mleczy. Przypomniałam sobie odgadywanie kształtów chmur uskuteczniane z pozycji leżącej na trawie, zimowe bałwany, szaleńcze zjazdy na sankach z wielkiej góry, z tatą, w środku lasu <dziś ta góra ma w moich oczach wymiar nieco mniej monstrualny ;)> i letnie „niebka”.

Wiecie jak robi się „niebko”?

Wykopuje się niewielkie wgłębienie w ziemi, na liściastej „bazie” ułada rozmaite kwiaty i co ładniejsze roślinki, które udało się wcześniej własnoręcznie zebrać. To wszystko przykrywa szkłem lub jego kawałkami dopasowywanymi idealnie jak puzzle, co by ziarnko piasku się tam nie przedarło <to ta najmniej bezpieczna część zabawy mojej i moich rówieśniczek jaka miała miejsce jakieś 20-25 lat temu> i zakopuje. Dzień, dwa dni później odkrywa się to naturalne małe dzieło sztuki, odgarnia piasek ze szkła, a oczom ukazuje się wyjątkowa mozaika. Ilość niebek jakie żeśmy wtedy zrobiły… niezliczona ;).

Wspominałam też weekendy i wakacje u dziadków na wsi. Spacery wśród złotych, szumiących muzyką kłosów, muzeum z kamieni w środku wielkiej okwieconej polany z wytyczoną moimi śladami ścieżką. Zacytuję tu fragment tekstu jednego z moich wcześniejszych postów:

„Czas spędzony u nich wspominam jako jeden z najpiękniejszych. Beztroski, a jednocześnie pełen kształtujących doświadczeń. Dla kogoś, szczególnie dla mieszczucha, który nie miał okazji poznać życia wiejskiego z czasów, kiedy rola była źródłem utrzymania rodzin – moje wspomnienia to może być nic. Dla mnie, małej dziewczynki, te pola, lasy, łąki, na których kolekcjonowałam kamienie, przydomowe ogrody i mieszkające tu zwierzęta – były połową świata.

Wozem ciągniętym przez konia jeździłam z dziadkiem do lasu. Czasem, w tej trasie, po twarzy smyrały mnie liście mijanych drzew i jakoś nigdy kleszcza się nie nabawiłam. Obserwowałam jak dziadek błyszczącą kosą tnie trawę na łące położonej w środku lasu. Magiczne, opromienione miejsce. Z babcią i z poczuciem misji, o zachodzie słońca, zaganiałam kury do kurnika. W dzień chodziłyśmy na pole, rankiem podlewałyśmy ogród. Widziałam jak doi się krowy, znałam smak ciepłego mleka. Obserwowałam dorastające w kartonie pod piecem żółciótkie kurczaczki, nie dawałam żyć małym kotkom”

Tak było…

Ostatnie-dziecko-lasu_Richard-Louv,images_product,15,978-83-64270-02-4

Książkę Richarda Louv’a czytałam sobie na raty bo co chwilę udawałam się w podróż do przeszłości i myślę, że ta pozycja działa dokładnie tak samo na każdego czytelnika.

To chyba jeden z najistotniejszych przekazów jakie ze sobą niesie… „Ostatnie dziecko lasu” ma za zadanie skłonić do refleksji, na nowo obudzić w nas te potrzeby, o których istotności wraz z rozwojem cyfryzacji i bezzapachowych kwiatków cywilizacyjnych zapomnieliśmy, sprawić byśmy spojrzeli trzeźwo na nasze zubożone o realny kontakt z naturą dzieci, a następnie zachęcić byśmy podjęli stosowne kroki naprawcze tudzież profilatyczne. Byśmy i naszym dzieciom dali szansę nieskrępowanej zabawy blisko natury i możliwości jej eksploracji, bo one tego potrzebują tak jak kiedyś my. Byśmy postarali się o to, by nie ominęło ich w życiu coś ważnego. By nie przytrafił im się tzw. zespół deficytu natury, o którym możecie przeczytać w książce.

Komputery, tv i inne media, nawet jeśli wydaje nam się, że jest inaczej – zamknęły nas w domach. Można by pomyśleć, że dotknęło to szczególnie mieszczuchów, ale rozejrzałam się po „swoich”. Na wsiach jest tak samo. Wraz z upadkiem gospodarstw, zaprzestaniem pracy na roli, gdzie traktory zamieniono na osobówki transportujące ludzi do  pracy w mieście, a dzieci do miejskich szkół – oddalono się od przyrody.

My, którzy sami jeszcze jej doświadczaliśmy, odwróciliśmy się od niej plecami. Odeszliśmy, a za nami nasze dzieci. Nie genarlizuję, że wszędzie i wszyscy, ale przyznam, że spostrzeżeniaenia autora, ocena tej kuriozalnej sytuacji, pomimo, że opisuje On amerykańskie realia – jest bardzo trafna.

„Ostatnie dziecko lasu” to nie tylko poradnik. To katalizator podróży sentymentalnej w dzieciństwo swoje i rodziców nawet, która dla czytelnika kończy się twardym lądowaniem. Mocną refleksją nad życiem własnego dziecka. Nierzadko pozbawionym czegoś bardzo ważnego. Czegoś co jako swoiste kontinuum – w przyszłości mogłoby je uchronić np. od chorób cywilizacyjnych.

Tak jak ja podałam Wam wyżej receptę na niebko, fajną, zabawę wymagającą kontaku z naturą,  tak Louv wskazuje możliwe do realizacji, uwzgledniające współczesne realia, instrukcje aktywizacji w tej sferze. Niektóre z nich są bardzo inspirujące.

Rodzicom, mentorom, urzędnikom, ludziom sektora społecznego i nie tylko – polecam!

Lektura obowiązkowa.

 

***

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mamania