No więc nadszedł ten dzień. Po pracy odebraliśmy od babci dziecko i przesyłkę. Przechodząc obok Koguta, którego postać jest tu dość istotna bo w tym tekście całe zoo wywołam – Sebastian zagadnął..

– Napiłbym się Coli.

– Ja też. Dawno nie piliśmy…

– Chyba nam nie zaszkodzi? 😉

– Nie zaszkodzi. Niosę w torbie Chodakowską.

I kupiliśmy litra. W Kogucie – spożywczaku takim, którego właściciel, za pierwsze zarobione w życiu pieniądze, kupił wypasiony zegarek, i w którym męska część personelu wita się z naszym synem pioną – swojskie klimaty.

Ale nie było sensu oszukiwać się. Co Wam powiem to Wam powiem, ale od niesienia Chodakowskiej w torbie – formy nabrać się nie da… nad czym osobiście głęboko ubolewam. Wiedzieliście?

Wiedzeni wyrzutami sumienia, już po szklance Colki z cytryną… A nie, nie… Nie wyrzutami sumienia. Zacznę jeszcze raz.

Wiedzeni ciekawością – zapodaliśmy płytę. A ciekawość była duża. Bo choć Ewę obserwuję sobie na fejsie, metamorfozy podziwiam i dużo o niej słyszę – to do tej pory żadnego filmiku z treningiem nie widziałam. Tak! Uchowałam się – mówcie mi dinozaur, a mojemu – stary dinozaur 😉

No więc oglądamy. Na początek program interesujący mojego Sebę – żegnaj oponko czy jakoś tak. Ale co tak chłopak będzie siedział i patrzył!?

– Sprawdzaj mnie – mówi.

No i wystartował z tym pożegnaniem. Tylko 10 minut. Rzeźni.

I te kangury… „Kangury” – krzyczy Ewka. A na to Kosta – nasz syn, który też „ćwiczył”… „Czemu kangury tatusiu? Prędzej słonie!”.

Co racja to racja. Słonie pasowałby do całej sytuacji znacznie bardziej…

Nie wiem skąd mi się to wzięło, że Ewcia kojarzyła mi się z treningami miłymi, bezproblemowymi. Że parę minut i po sprawie. Hmmm… W każdym razie minęło 10 minut i mówię:

– Spływaj, teraz ja.

A właściwie to tego nie powiedziałam i nie pomyślałam nawet, bo po tym widoczku, podświadomie, moje zapoznanie z nową kumpelą chciałam odwlec w czasie…

Bo on spłynął… A dalej było tak, że spłynęłam ja, w nadziei na zero cellulitu.

– O! Dobry program wybrałaś! Na pośladki! Bo masz płaskie, równe z nogami – subtelnie jak potrafił zachęcił mnie mój małżonek, po tym jak zmierzył mnie, gdy wyskoczyłam w mało przemyślanej stylówce do tych spontanicznych ćwiczeń – w T-shircie, adidasach i bokserkach.

Nie żebym z tym sportem, znaczy boksem – miała coś wspólnego. W ogóle ze sportem mam niewiele wspólnego odliczając codzienne wyciskanie. Wyciskam metodą „łapanie uszka w dwa place” i unoszę filiżankę kawy do ust. To lewą ręką, to prawą, kilka razy dziennie.

No dobra. Przyznam się. Jeszcze indoor cycling ćwiczę. Próbowałam też z trampoliną, ale muzyka mi się nie podobała. A bez fajnej muzy spada mi motywacja. Z radością gnałabym na aerobik, zawsze lubiłam. Zwykły aerobik. Problem jednak polega na tym, że instruktorki, często i gęsto o niebo ode mnie młodsze – nie wiedzą chyba co to jest!? Tak jak dziecko nie wie co to budka telefoniczna z aparatem na żetony. Cóż. Znak czasów. Dinozaury ponoć wyginęły, choć nasz syn do końca w to nie wierzy…

Wracając do ćwiczeń… Przetrwałam tych pierwszych 10 minut. Do walki motywował mnie 12 zawodnik. Wiadomo jakie to ważne. Mój dwunasty to ten drugi czyli S. no i suma summarum zrobiliśmy to, tylko maty nam w chałupie zabrakło. Aż chciałoby się powiedzieć  – nie ma tabaty bez maty. Nadrobimy jutro.

Po pierwszym starciu z tą niby miłą – tiruriru- Ewą towarzyszyło nam jeszcze jedno odczucie. Obawa. Głęboka obawa o sąsiadkę z dołu. Skrupulatnie sprawdziliśmy. Nie zalaliśmy jej. Uff. Niewiele brakowało.