Kiedyś zakładałam, że nie będę poruszać tu tematów około-nocnikowych. Kiedyś było kiedyś, a teraz jest teraz. Lojalnie uprzedzam o czym będzie.

A będzie m.in. o presji. Zwykle żadnej się nie poddaję i tej też nie zamierzam, ale przyznaję, że bombardujące mnie zewsząd pytania typu „kiedy będziecie Go uczyć korzystać z nocnika” wkurzają mnie. W takim samym stopniu jak „dobre rady” z cyklu „załóż czapkę bo Mu uszy przewieje” lub ostatnio ciśnięta we mnie od Pani Starszej uwaga, w spożywczaku, gdy Mały prężył się i wył niczym kojot, że „może mu za gorąco”? Pani Starsza przywędrowała do mnie w tej sprawie z drugiego końca samu!?! Nie chciało mi się tłumaczyć, że ząbek się przebija, że niewyspany, zmęczony, że to, że tamto. Nie czułam takiej potrzeby. Z uśmiechem na ustach, lecz jednak cynicznym tonem, od którego nie mogłam się powstrzymać (sama miałam wszystkiego po dziurki w uszach – tu wózek, tu koszyk, tu dziecko na rękach i jeszcze zważyć coś muszę – limit!), syknęłam jej, że „nie, nie jest mu za gorąco”!

I teraz też syczę. W kwestiach „nocnikowych”. Tak naprawdę sama jeszcze nie wiem co, jak i kiedy. Nie zdecydowałam jeszcze w jakim kierunku „pójdziemy” (no w sumie jasne, że w kierunku toalety, nie? :)). Nocnik, nakładka na toaletę, NHN dla starszaków? Nie wiem. Ale zastanawiam się. Szukam najlepszej opcji.

Do 2-go roku życia dziecko nie kontroluje zwieraczy. To jasne jak i to, że nie dotyczy to wszystkich dzieci. Znajoma mama namawia mnie (p-r-e-s-j-a) na centralne wysadzanie na(d) kibelek. Sama stosuje metodę tzw. odpieluchowania bez przemocy (NHN) od urodzenia swojego malucha. Metoda ta krytycznie odnosi się do wysadzania dziecka na nocnik nazywając czynność „treningiem nocnikowym”. Trening rzeczywiście brzmi mocno. Ten z kolei nijak nie komponuje się z rodzicielstwem bliskości, bo wiąże się z pewnego rodzaju naciskiem i manipulacją. Hmmm… Czy nocnik to samo zło? Przecież nie chodzi o to by dziecko zmuszać. Chciałabym aby przyszło mu tak samo naturalnie jak posługiwanie się sztućcami bez których obecnie swojego dania nie tknie. Jego decyzja. A ja jestem po to żeby mu pomóc.

Podstawiam kolejną wiadomą. No więc jasne jest, że dzieci sygnalizują potrzebę wypróżnienia od pierwszych dni (ruchy ciała, wyraz twarzy). Teoretycznie (i praktycznie) można (a może powinno się?) ten potencjał wykorzystać. Ale już mniej powszechną informacją jest fakt, iż zbyt wczesne przyuczanie dziecka do kontrolowanych wypróżnień może niekorzystnie wpłynąć np. na układ moczowy i doprowadzić w przyszłości do powracających stanów zapalnych. A tego wolałabym uniknąć.

W każdym razie presja zewsząd jest, wyścigi też są (a Twoje jeszcze nie? a moje już!). I nie jest to kwestia lenistwa. I nie jest to kwestia wygody. To jest kwestia zdrowia. Fizycznego i psychicznego. Jak mawiał mój grecki przyjaciel: „powoli, powoli!”.

A jak to było u Was? Czy wg. Was klasyczne nocnikowanie kłóci się z ideą attachment parentingu? Podsuwaliście dzieciom TO rozwiązanie czy to one były inicjatorami zmian?