Publiczną mam na myśli.

Wywalił mi się telefon. Na amen. Nie znoszę chodzić po salonach (no chyba, że czerwony dywan by rozłożyli – ale nie rozkładają), ani łączyć się z konsultantami, których wiecznie spławiam, ani przeglądać stron z setkami ofert, porównaniami telefonów i bla bla bla. Bujałam się tak kilka dni bez stałego kontaktu, tym bardziej, że mama była w zasięgu bezpośrednim i mąż też. A praca? Nie zając jak to mówią.

Ale w końcu trzeba było temat nowego telefonu ogarnąć. Jako, że T-mobile (wcześniej Era), w której jestem/byłam od tryliona lat, robi sobie jaja, już jakiś czas temu postanowiłam przejść, przy okazji końca umowy abonamentowej, do sieci wyskakującego z lodówki – sławetnego Wojewódzkiego, a teraz to już nawet Krajowego ;). Ta skończyła się już jakiś czas temu, odwlekałam, odwlekałam, ale nastał ten dzień. No więc dnia pańskiego wczorajszego, całą rodziną, wybraliśmy się do salonu PLAY… Całą rodziną, bo mężowi skończyła się też (więc za jednym zamachem), a że babcia wyjechała – dziecka nie ma już z kim zostawić…

Na salonach.

Zimne światła. Białe kafle. Dwie kanapy. Ludzi tłum. A my przy stanowisku. Gdy mały 16-miesięczniak wywalił z kubka już wszystkie długopisy i markery (za przyzwoleniem miłego Pana Konsultanta – żeby nie było), powoził wózek z zakupami (tak, tak! najpierw obowiązki potem przyjemności), pomęczył przyciski we wszystkich atrapach (swoją drogą to pewnie On jest sprawcą tego, że mój telefon postanowił się zbuntować przypadkowemu rzucaniu, przyciskaniu wszystkich guzików naraz i dotykaniu łapkami lepiącymi od pieczywa chrupkiego i kipnął), czyli łącznie po jakiś 2 minutach, postanowił sobie iść. Przeklinam ten dzień, w którym kupiłam te drewniane kulki z serii Mula Bead Roller Coaster z Ikei. Są niemal w każdym sklepie i dzięki nim nawet buty udało nam się w spokoju kiedyś kupić, bo maluch miał zajęcie, a teraz jak ma w domu – to czaso-umilacze na salonach go nie interesują. Rodzice! Nie popełniajcie tego błędu! 😉

za http://www.polityka.pl/galerie/1501505,8,pamietnik-ze-stanu-wojennego—galeria.read

Ale wracając do sedna sprawy… Gdy Małemu już się znudziło, a chęć zmiany zajęcia zaczął okazywać wysokimi tonami, zastosowaliśmy nasz sprawdzony patent – kursy wymienne. Współczując ludziom z kolejki nikłej przyjemności odsłuchu pisków, a dziecku ślęczenia w sklepie z rażącymi po oczach światłami – zamienialiśmy się z mężem w śmiganiu z nim po galerii i przejażdżkach w samolotach na monety – bez monety. I zamiennie – jedno z nas dokonywało wyborów, podpisywało umowy przy stanowisku, itd.

Może i trwało to dłużej, ale w moim odczuciu wykazaliśmy się, w stosunku do kolejkowiczów, empatią. Bynajmniej stali sobie w ciszy. Patrzyli z dezaprobatą jak dziecko piszczy – wyszliśmy. A przy naszych „zamianach” (domniemam, że dla czekających na swoją kolej, w odczuciu – czasochłonnych) patrzyli równie niezadowoleni. Sic! Zero zrozumienia. Szepnęłam nawet do tego, podkreślam, miłego, obsługującego Pana żeby szybciej, że już nie będę sprawdzać danych, że wierzę, że dobrze wprowadził, że szybko podpiszę i pójdę, ale on stwierdził, że „spokojnie, nie pali się”, że rozumie fakt posiadania „żywego złota” choć sam dopiero planuje, i że i tak jesteśmy ostatnimi jego klientami, bo właśnie kończy zmianę. Ta wiadomość zabiła moje wyrzuty sumienia.

A teraz chwila refleksji…

Jak to jest z tą przestrzenią publiczną? Czy nie jest tak, że każdy ma do niej prawo? Nasza przygoda w sklepie nałożyła się z dyskusją jaką wywołała autorka bloga zimno, przywołując przykład postulatów o tworzenie stref wolnych od dzieci w restauracjach i nietolerancji dla biegająco-piszczących nielatów. Co mają zrobić rodzice? Zostawić dzieci w domu, a może przypiąć na smyczy przed sklepem do stojaka na rowery? A co by było, gdybym wrednie i upierdliwie stała w tym salonie z dzieckiem wyjąco-zawodzącym? Choć dziecku bym tego nie zrobiła, bo zrozumiały jest dla mnie nadmiar bodźców w takim miejscu i jego zniecierpliwienie… Mam prawo? Mam! Co – zeżarli by mnie żywcem?

Polska rzeczywistość. Wszystkie dzieci nasze są, szczególnie wtedy gdy ich nie ma…