Paradoksalnie, odkąd do naszej rodziny dołączył mały kompan życiowy, przestłam planować wakacje. Jeszcze z fasolką w brzuchu zlatałam cały Paryż według ściśle określonego planu, a gdy wybieraliśmy się ze znajomymi do Włoch spędziłam nad zorganizowaniem wyprawy wiele weekendów. Zaplanowane mieliśmy wszystko łącznie z parkingami na których się zatrzymamy, trasami przejścia po poszczególnych miastach (by niczego przegapić i nie tracić czasu na szukanie), zarezerwowanymi godzinami wejść do muzeów. Spokojnie, czas na zgubienie się też przewidziałam ;). Bycie pilotem, nawet niepraktykującym, zobowiązywało. A tak na serio – po prostu to lubiłam.

i1 p1

W momencie, w którym na świecie pojawił się maluch na planowanie nie było czasu. Stawialiśmy więc na dynamikę sytuacji. Gdy okazywało się, że mąż ma nieprzewidywalny wcześniej luz w pracy, a dziecko jest zdrowe – biegliśmy do biura podróży, „kupowaliśmy Grecję” <chyba napiszę oddzielnego posta o urokach poszczególnych wysp ;)> i już. Pakowaliśmy całą trójkę w jedną walizkę, w której 16 kilo stanowiły słoiczki i dwa dni później byczyliśmy się w jakimś obiekcie wybranym bez specjalnego zamysłu. Trzy dni później byliśmy na maksa znudzeni i objeżdżaliśmy wyspę na własną rękę posiłkując się darmowymi mapkami wciskanymi nam w ręce przez organizatorów wycieczek fakultatywnych. Ale wiecie co? Tak też się dało. Rezygnowaliśmy jedynie z wycieczek wodnych w kierunku jaskiń, a wyspy, nawet tak duże jak Kreta – były proste do ogarnięcia bez sprecyzowanego wcześniej planu.

p2

Tym razem po trosze, oddajac się jednemu z ulubionych zajęć, delektując się nim – wracam do organizowania jak za dawnych lat. Znów kupię piękny notatnik, towarzysza drogi, w którym zawrę wszystkie letnie myśli, adresy, listy i mapki wydrukowane z internetu, a pokreślone moimi krzyżykami, który po latach będzie przypominał mi każdy krajobraz, każdą podróżniczą przygodę. Znów zdejmę z półki nowy, aczkolwiek zakurzony przewodnik. Wiem, że znajdę go wśród innych, które kupowałam „na zapas”. Taka materializacja pierwszych nieśmiałych myśli, o tym, że kiedyś chciałabym ten kraj czy to miasto zobaczyć.

I już cieszę się na myśl o tym, że usłyszę jak morze, na jednym z cudów architektonicznych świata, wygrywa organowe symfonie, że zobaczę najpiękniejszy zachód słońca wg. Hitchcocka. I już wiem, że będę czuć się tam doskonale, tak samo jak w zabudowie urbanistycznej Rzymu, miasta, które uznaję za jedno z najpiękniejszych. I już jestem pełna ekscytacji na myśl o tym, że w zasięgu, w odległości godziny drogi, będę mieć pięć absolutnie niezwykłych parków narodowych. I już moje myśli błądzą wokół aromatycznej kawy wypitej o poranku na tarasie „lawendowego” apartamenciku z widokiem na morze ponad pomarańczowymi dachami, a zmysły mają ochotę na smaki i zapachy lekkiej, dalmatyńskiej kuchni nie wymagającej liczenia kalorii i zlanej likierem z dzikich wiśni aromatyzowanych różą i pomarańczą.

I tylko kilkunastogodzinna trasa zasiewa we mnie zakamuflowany niepokój, zważywszy, że jedzie z nami maluch. Zbieram dobre rady. Zapiszę w notatniku i też zapamiętam na zawsze.

k1