Im bliżej godziny zero tym większe mam problemy z obiektywnym odbiorem rzeczywistości. Coraz bardziej zamazuje się w mojej głowie idylliczny obraz najbliższej przyszłości. Wiecie. Przedszkole, nowy etap w życiu… Renesans niby nie impresjonizm.

Ostatnimi czasy przeczytałam kilka tekstów o przedszkolnych początkach. Kilka. Nie kilkanaście. Nie kilkadziesiąt.

Nie wariuję. I tak wszędzie w koło Macieju.

Niektóre notki były nawet przydatne. Niby wyczerpujące. Ale tak naprawdę po ich lekturze nadal czułam informacyjny niedosyt. Ostatecznie zdałam sobie sprawę, że nigdzie nie znajdę odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Bo mi nie chodzi o kapcie, worek i o pożegnanie z uśmiechem.

Bo.

Nie mam odpowiedzi na to, co będzie gdy moje dziecko poczuje pustkę nie do wypełnienia? Nie mam odpowiedzi na przypadkiem rozbite kolano i brak rodzica, który pocałuje, pocieszy. I na przytulenie, czasem przelotne nawet, to, którego maluch do tej pory domagał się wielokrotnie w ciągu dnia. Na smutek, na nieuniknioną pomimo przygotowań dezorientację, na lęk i tęsknotę. Na łzy, których nie muszę widzieć a usłyszę. Nie mam odpowiedzi. To mi łamie serce.

Nie dziwi mnie incydent z ubiegłego roku, ten z kamerką w misiu. Nie dziwią mnie matczyne opowieści. O lornetkach, o chowaniu się w krzakach, o siedzeniu w aucie pod przedszkolem przez tydzień.

Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Myślę ja sobie o niebieskich migdałach a tu nagle płodozmian tematyczny i paraliż. Zastygłam nieoczekiwanie. Odprowadzę, pożegnamy się, pocałuję, uśmiechnę, zamknę drzwi i wyjdę. Ten scenariusz mam opanowany. Ale co dalej? Odpaliłam komputer, wysłałam zgłoszenie i pierwszego września startujemy oboje. Czekają mnie nowe wyzwania i mnie też nikt nie przytuli. Cholera. Dwubiegunowa adaptacja level hard. Jesienny armageddon.

Ale przynajmniej wiem co zrobię po wyjściu z przedszkola. W całym tym pre-zamieszaniu dotarło do mnie, że bardziej niż dzieci, adaptacji potrzebują rodzice. Dla tych, którzy zamkną te drzwi i przez pierwsze dni nie będą wiedzieli co ze sobą począć – stworzyłam 10 zasad adaptacji rodzica, który nie chce zwariować 😉 Ale nie takich typu „Bądź pewny swojej decyzji” – bo to mrzonka. Nie do zrobienia.

ZASADY ADAPTACJI PRZEDSZKOLNEJ RODZICÓW

Pierwsza.

Oczywista. Nie wkładaj kamerki do misia. Grozi sprawą karną. W ostateczności, jeśli chcesz mieć dziecko na oku – znajdź przedszkole z monitoringiem.

Druga.

A weź i popłacz sobie do woli. Ale dopiero za zamkniętymi drzwiami. Wcześniej bezwzględnie zaciśnij zęby.

Trzecia.

Nie koczuj w krzakach. Grozi zadrapaniami w okolicach czterech liter. 

Czwarta.

Nie spaceruj przez cały dzień wokół placówki. Na przechadzkę wybierz lepiej park, las, ewentualnie galerię handlową.

Piąta.

Wykonaj telefon do przyjaciela. Najlepiej od razu umówcie się na kawę.

Szósta.

Miej pod ręką No-Spę. I nie jest to reklama. Przyda się w razie ścisku w żołądku.

Siódma.

Zrób coś dla siebie. Zrelaksuj się. Więź rodzica i dziecka potrafi przenieść górę. Ale też usłyszeć, odczuć niepokój. Nie pozwól na to.

Ósma.

Kup sobie prezent. A co!

Dziewiąta.

I lody czekoladowe.

Dziesiąta.

Wykonaj taką ilość powtórzeń pierwszych 9 zasad jakiej potrzebujesz.