To miał być zwykły status na fejsie. Stwierdziłam, że odprowadzę K. do przedszkola, wrócę i go pyknę. Tak w porywie chwili, gdy serce rośnie…

Mąż mój to matematyk. Znaczy nie, że matematyk z wykształcenia, tyle, że cyfry ma niejako w genach. Nie spamięta kiedy jest jakie święto, przysłowia pomyli, ale całki potrafi liczyć w pamięci. Tak słowem wstępu.

Tego ranka chłopaki, czyli ojciec i syn, przed tym jak mieli zostać porwani na legalu czyli w wir codziennych zajęć – jak zwykle (ostatnio) postanowili zagrać sobie partyjkę. Zwróciłam na to ich regularne zajęcie uwagę, bo K. po raz kolejny z rzędu ograł własnego ojca. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że to gra dla dorosłych. Matematyczno-logiczna. Polecono nam ją kiedyś na moje i męża zimowe wieczory. Syn ma passę i pomyślałam sobie – kurczę… matematyk po tacie. Rozwala system, a me serce rośnie. Takie to niewiarygodne i niesamowite.

W przedszkolu nie szło zbyt gładko. K. ma kryzys. Choroby, badania, wakacje z rodzicami, z którymi był przez 24 na dobę i to mu bardzo pasowało, zmiany w placówce. Trochę się tego nazbierało jak na jego mały wielki świat.

Daliśmy sobie jeszcze chwilę czasu przed wejściem na rozmowę, a że mój chłopczyk, choć matematyk po tacie, to też humanista jak ja, o wielkiej empatii, to już wracając z tego przedszkola wiedziałam, że statusu na fejsie nie będzie.

Wiecie? Jest jedna rzecz, której ja nie jestem w stanie żadnymi słowami opisać. Nie potrafię opisać tego, jak moje dziecko jest wyjątkowe. Wiem, że każde jest. Rozmawiam z dziećmi. I nie ma nic bardziej inspirującego niż one. Ale ten mój szkrab jest nieopisywalny. Musiałabym wziąć telefon w dłoń i nagrywać co on mówi, skatalogować jakoś – to wtedy moglibyście to zrozumieć. Ale jak chwytać za telefon, gdy słuchając go – nawet nie jest się w stanie o tym pomyśleć. Jak przerywać dziejące się chwile, które są najwyższej wagi? Które murują, wbijają w fotel, zatykają gardło łzą, której nie chcesz tak jawnie uronić? No nie da się. I się nie chce.

I on mi wiele dziś o swoich troskach, miażdżąco, opowiedział. Troszkę przez łzy, gdy jak ja, nie chciał ich jawnie ronić. Ale ja je słyszałam, stłumione, aż go ukłuło serducho. I mówi do mnie później: „A wiesz mamuś czemu mnie tak kłuje? Bo mi serce pęka.”.

I mi też.