Rzuć wszystko i chodź się całować, czy tam jedź w Bieszczady – mawiają… Ja tam postanowiłam wszystko rzucić i coś tam sobie skrobnąć na blogu. Tak dawno mnie tu nie było. Tak bardzo tęsknię.

To jest jedna z pozycji na liście moich marzeń. Serio. Wrócić sobie tutaj i pisać regularnie (P.S. Potrzebuję jeszcze szałowej kiecki balowej od Minge i balu, Fashion Week’a. I mogę umierać.). Niby proste, a jakże trudne. Można. Można wszystko. Wiem to najlepiej i po to idę. Ale kurczę… doby nie da się rozciągnąć. Nadal jestem slow, a na pewno mentalnie, ale życie mi pędzi i naprawdę nie mam czasu wpaść pod adres: „mój własny blog”.

Kilka tygodni temu rzuciłam wszystko, zabrałam mojego zdrowego (!) chłopaka i popędziliśmy do ulubionego miejsca w innej miejscowości. Tak. Mogę wreszcie powiedzieć, że po dwóch latach walki o zdrowie naszego szkraba – jesteśmy górą i staramy się czerpać z życia ile wlezie. Wreszcie możemy choć trochę nadrobić ten czas, który dał nam w kość jak nic innego. Korzystać z tego, co było nam niedostępne, więcej spróbować, zobaczyć, wyruszyć przed siebie bez obaw, że nasz lekarz daleko, a gdy ktoś zadzwoni, i zapyta „jak?”, nie muszę odpowiadać, że źle. Znów źle, nadal źle. Teraz jest OK!

Lepiej. Sama też próbuję przestawić matczyne tory myślowe na tryb „mamy to za sobą” i choć jestem spokojniejsza, to jednak wciąż nie potrafię odetchnąć pełną piersią. Ale działam. Determinacja to moje drugie imię. Zaprawiona w boju jestem. Coś w tym kierunku zrobiłam, wywróciłam nasze życie do góry nogami (jakby nam mało „atrakcji” było), w nadziei i właściwie w 100% wierze, że gdy domknę tamten rozdział burzą jakąś, spektakularnym cięciem – to już do niego nie wrócimy. Dokonało się, choć okropnie zmęczona jestem. Włosy też skróciłam. Dziwnym trafem „włosy” są tu kluczem. Nie przypadkiem. Nie ufam przypadkom. Ale do zmian też trzeba się przyzwyczaić. Nawet, gdy wyszły na lepsze. Czuję, że muszę dać sobie jeszcze trochę czasu, by zacząć oddychać i przestać trząść się ze strachu. Mam ku temu pole, dużo dobrej energii wokół, ciepłych i prawdziwych ludzi. To też nie może być przypadek. Czy można mieć większy kapitał?

Tymczasem wracając do bloga i do wyjazdu. Trafiliśmy na obiad. Gdzieś tam, w innym mieście. Zamawiamy jakieś dania, a tam pani kelnerka mówi, że mnie zna. I chłopaków też. Z bloga. Że śledzi od lat. Boszszszsz… jakie to miłe, że ktoś jeszcze pamięta <3 Miłe, ale właśnie wtedy mnie ukłuło. Poczułam ogromny żal, że to pisanie dla siebie poszło w odstawkę. Są tacy, którzy potrafią w pisanie uciec, ja uciekłam od pisania. Tutaj. Bo ogólnie, to wypisana jestem na maksa. Choć w innej przestrzeni. Też mojej, ale profesjonalnej, więc nie w tej najważniejszej.

Życzę sobie, by wrócić do siebie. W każdym wymiarze. I do was, ze słowospadem.