A gdy człowiek do lekarza się uda, w kolejce do jakiejś rejestracji postoi, a tam też szpital – to i się nasłucha i naogląda i czasem nawet też pogada. Wiadomo, w poczekalniach atmosfera napięta niczym struna z preparowanych jelit i rozładować ją czasem należy. A to jakąś wojną o miejsce w kolejce typu: ja tu sobie zająłem, ale mnie nie było. A to pchaniem się do drzwi tylko(!) po receptę („wlezie i siedzi pół godziny”), pogawędką o Nowakowej czy tam obrobieniem innej dupy lub rozprawką o dolegliwościach wszelakich. Rzadziej ktoś żart jakiś puści czy bąka. Choć bywa.

Ja tam zawsze wyluzowana <wszak mam chwilę na książkę czy na fejsa – która matka nie doceni?>, raz skomplementowałam jedną babkę nawet. No mówię Wam, laska w zaawansowanym średnim wieku, piękna, elegancka nieprzeciętnie, detalistka. Serio, dosłownie błyszczała na firmamencie zakatarzonych rówieśniczek w dresach jak i małolat z kitką na czubku głowy – typu ja.

Powiedziałam jej. Że pięknie wygląda. Omal nie spadła z krzesła. Gdyby nie było przytwierdzone do ściany wraz z innymi jak w pociągu (bo to poczekalnia w stylu II-ga klasa Bachusa, żebyście nie myśleli że Pendolino), babka miałaby problem z zachowaniem równowagi na tym niby krześle. To straszne, że kobiety i mężczyźni zresztą też – tak rzadko słyszą miłe słowa, że gdy te uderzają ich znienacka – nie wiedzą jak się zachować. U ziomali pada gaszące temat „a przestań”, a u obcych pojawia się szok w oczach i palą buraka. Coś tam bredzą, ale w zakłopotaniu. Tymczasem wystarczy uśmiech i „dzięki”. Trzeba sobie mówić! Zarówno wtedy, gdy ktoś wygląda super, robi coś fajnego jak i wtedy gdy ma na twarzy okruchy po cieście drożdżowym czy ciągnie się za nim papier toaletowy wystający z portek. Bądźmy ludźmi! Codziennie.

No więc stoję w tej kolejce do sławetnej rejestracji, za mną jakieś siedziska, dziewczyna w szlafroku. Zapewne z oddziału. Wjeżdża jej mąż z wózkiem, gondolą. Mama uradowana odchyla budę i pierwsze co „Jezus! jak Ty żeś mu ubrał tę czapkę!”. „Dobra, może być. Ale chusteczki mokre mam!”. No miał chłopak, miał. O powadze chusteczkowej sytuacji wie każdy rodzić, który rusza się z bardzo-małoletnim na krok. Waga niemalże rangi państwowej i chłop na na tym froncie plamy nie dał. Po czym roztrzęsiony całą wyprawą uciekł pilnie ostudzić emocje, konkretnie zapalić.

Co to się dzieje jak mamy w domu brakuje!? 😉 Wiedział to ten kilkumiesięczny maluch, który właśnie spotkał się ze swoją opoką. A my tak staliśmy wszyscy w tej kolejce, nieoczekiwanie chłonąc ich piękną chwilę. Tuż obok kiermasz przygotowany przez osoby mniej sprawne, z bombkami i cudnymi piórkowymi choinkami, komuś zadzwonił telefon z melodią „Pada śnieg” , a maluszek piszczał z radości, gdy przytulała go mama. Przykro, że nie mogą być razem. Że takie okoliczności. Ale teraz byli i to było najważniejsze. Wszystko na swoim miejscu. Na chwilę czas się zatrzymał.

A potem kupiłam aniołka.