Późny ranek. Właściwie przedpołudnie. Zleciało, choć wstaliśmy o świcie. Czas spędziliśmy na próbach odnalezienia się w nowej sytuacji. Chwila dla siebie. Stoję przed lustrem, czeszę włosy, chcę coś upiąć. Cokolwiek i jakkolwiek. Byle szybko i wygodnie. Za chwilę wychodzimy. I tak będziemy puszczać bańki.

Z trudem podnoszę ręce, choć nie mam za sobą żadnego treningu w klubie fitness. Miałam iść… Patrzę na odbijający się w lustrze trójgłowy ramienia. Pomazany. Wszędzie pełno białych śladów. Dziwne. Wczoraj byłam przecież w bluzie, kąpiel też brałam.

Chyba, że w bezsennej nocy… Nie wiem.

Zakładam zegarek. Przegub, miejsce mojego wytatuowanego pi, też umazany…

Czekał na to od tygodnia. Pojechaliśmy autobusem mzk. Dzień matki i syna. Tak mało mieliśmy ostatnio czasu dla siebie. Niepamięć. Dawno nie robiliśmy wycieczki na pętlę. Miły Pan na przystanku powiedział, że bilet kosztuje 3 złote. Odliczyłam by nie motać się przy automacie. Atrakcja za 3 zeta. Wspólne selfie z głupimi minami na przystanku, krótka trasa.

Wesołe miasteczko, zabawa, wyprzedzanie na formule, które wspominamy do teraz i nieszczęśliwy… upadek na rączkę na dmuchańcu. Niepozorny.

Trzymam go na rękach. Mijamy jadące taksówki. Święto miasta. Wszystkie pełne. Nie mamy szans by się załapać. On nawet nie płacze. Ale ciągle boli.

Czuję.

Niosę go prosto do szpitala. Wiem, że w ten sposób dotrę najszybciej. Nie wiem skąd wzięła się moja siła. Zwykle sapię po kilku chwilach niesienia 17-kilogramowego szczęścia. Tym razem jakieś 2 kilometry. W słońcu. Kilkanaście minut.

Pani doktor to ciocia przyodziana w baloniki. Kosta rzetelnie i szczegółowo odpowiada na każde pytanie. Wnoszę go piętro wyżej. Potem sam stoi przy rentgenie. Mówię do niego zza drzwi. Zamyka oczy, dzielnie wykonuje każde polecenie pana od specjalnych zdjęć. Na dół wracamy z płytą.

– Jaka to bajka mamusiu?

Niebajka.

Diagnoza już na monitorku, a za chwilę w moich uszach. W mózgu. W sercu. Wszędzie. Miękkie kolana. Znów niosę. Sekundę później jesteśmy w gipsowni. Pierwszy płacz. Ale nie z bólu choć boli bardzo. Mokre, obślizgłe. On nie lubi. Wszystko dzieje się tak szybko, tylko tego nie zdążyłam mu powiedzieć, uprzedzić. Sama nie byłam gotowa. Desperacko łapię się Tupcia Chrupcia. I łapię się na Tupciu Chrupciu. Czytaliśmy go 10 minut przed wyjściem. Część o wypadku i wizycie na pogotowiu. Scenariusz dokładnie ten sam. Przeznaczenie?

Siedzi na moich kolanach, lekarka coś do mnie mówi, gość gipsuje, pielęgniarka każe mi coś trzymać, on płacze, ja proszę o powtórzenie. Nie byłam w stanie wyłapać sensu zdań.

3 minuty później dzwonię po taksówkę. Kilka razy bezskutecznie. Ktoś łapie mnie za rękę. Nie mogę utrzymać telefonu przy uchu. Trzęsę się. Dopiero teraz. Dyspozytorka mówi, że na szybko nie ma szans. Słyszy dziecięce łkanie, to wszystko. Wysłana chwilę wcześniej taksa nie pojedzie po Pana na dworzec. Przyjedzie po nas. Tak bardzo ciepły gest.

Oglądamy bajki. Śmiejemy się choć trochę przez łzy. Wraca tata. Los w ostatnim roku cholernie nas doświadcza ale i tak jesteśmy szczęśliwi. Bierzemy przykład z naszego małego bohatera. Tytana w skórze delikatnego i empatycznego chłopca. Jutro pójdziemy puszczać bańki.

Chcę schować spódnicę. Rzuciłam ją wczoraj niedbale po powrocie i tak została. Dopiero teraz je widzę. Ślady ostatnich wydarzeń. Ślady moich łez, którym nie dałam ujścia. Jestem matką prawdziwego superhiroł. Nie mogłam. A one i tak tam są.