Dobrych kilka lat temu, gdy byliśmy parą z całkiem niezłym dwucyfrowym stażem, kumpela zapytała jak nam się to udało? Bo wciąż zadowoleni, zakochani… Właściwie to nam się niewiele musiało udawać. Stałego i fajnego związku nie upatruję za sukces. Jest dla mnie całkowicie naturalny. Jest koleją rzeczy, czymś co po prostu musiało się zdarzyć. Trafiliśmy na siebie i choć jesteśmy dwiema skrajnie różnymi osobowościami to zapanowała między nami prawdziwa symbioza. Tak, wiem. Jesteśmy szczęściarzami.

Przeciwieństwa się przyciągają?

Niektórzy mówią, że przeciwieństwa się przyciągają. Ja zawsze powtarzam, że ciekawi świata, doznań, doświadczeń dostaliśmy prezent od losu. Dzięki temu, że jesteśmy razem a różnimy się bardzo, możemy oglądać świat dwiema parami oczu, z dwóch kompletnie odmiennych perspektyw, które zestawiając ze sobą dają nam często zadziwiające wnioski, lepsze i pełniejsze zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości.

Ludzie, którzy są rodzicami, a ze względu na specyfikę tego bloga większość z Was nimi jest – często przy pojawieniu się dziecka zaczynają wyraźniej postrzegać otoczenie. You know what I mean…

A to kropla deszczu na twarzy, na którą zwróciło uwagę emocjonujące się doznaniem tego uczucia dziecko, a to specyfika działania mijanego podczas spaceru mrowiska, a to faktura liścia. Wciąż odkrywamy coś nowego co z pozoru znamy tak dobrze. Podobnie jest ze związkiem osób pochodzących z innych biegunów, a właściwie z każdym związkiem. Jeśli to zrozumiemy – wszystko widać, słychać i czuć więcej, inaczej, wyraźniej.

To nie przeciwieństwa się przyciągają. To jedna wspólna cecha, która karze podążać dwojgu ludziom w tym samym kierunku. W kierunku empirii. Oczywiście level hard.

Innego, głębszego spojrzenia na świat nie trzeba szukać w niewinnym dziecku, które dostrzega więcej. Można je znaleźć w drugim człowieku, w partnerze i czerpać z niego jeśli tylko się chce. To takie oczywiste.

Kompromis?

Przereklamowany! Istotniejszy jest szacunek dla suwerenności drugiej osoby. Akceptacja. Branie partnera takiego jakim jest. Pozwalanie na bycie sobą a nie pustą kukłą, marionetką na sznurkach.

Między bajki trzeba włożyć historie o wychowywaniu sobie męża czy żony. O rzeźbieniu sobie kogoś z kim spędzamy życie na swój wzór i podobieństwo lub według wymarzonych widzimiśków. To nienaturalne jest. Taki związek jedzie sztuką. Tanią chińszczyzną z tekstylnego supermarketu. Podróbą z czterema paskami.

Idziesz w to albo nie. Masz wybór.

A kompromis ze swojej definicji optymalnym rozwiązaniem nie jest. Ktoś musi z czegoś zrezygnować. Po co? Ciała kochających się ludzi nie są stale połączone. Tylko dusze.

Docieranie się?

Dostojewski powiedział, że najtrafniejszym określeniem człowieka jest to, że się do wszystkiego przyzwyczaja. Tutaj podkreślam głęboki sprzeciw przeciwko kompromisom, schematycznej uległości.

Ja i mój mąż to dwa żywioły. Ogień i woda. Wie to każdy kto nas trochę zna. Kojarzycie taki wykres na monitorze, który pojawia się gdy odchodzi człowiek? Linię prostą? A kojarzycie ten wykres gdy człowiek jednak postanawia wrócić? __^__^__^__ Takie wystrzały w górę… Pik, pik, pik!

W naszym życiu takie wystrzały padają ciągle. Nasz związek nie cierpi i nie umiera na chorobę zwaną przyzwyczajeniem, odpuszczeniem, rutyną. Kluczem jest rozmowa, peplanie, pitolenie o Szopenie, ciągłe pozostawanie w bliskim kontakcie. Bycie ze sobą, a nie bycie obok. Rozmowa jest, kłótnia i awantura też. Natychmiastowa, gdy tylko padnie jakaś błąkająca się iskra. REAKCJA to trzymanie się na dystans od obojętności. Nie ma rutyny gdy ludzie ze sobą rozmawiają, zwyczajnie gadają. O sprawach ważnych i o pierdołach. Nie ma konieczności docierania się gdy nie kisi się emocji, którym daje się natychmiastowe ujście i gdy nie żywi się urazy.  Związkom potrzebne są ciągłe reakcje a nie wyciszenie, wskoczenie na jeden monotonny tor bez usterek technicznych i zmieniających się krajobrazów. Ja w każdym razie nie zamierzam żyć w starym dobrym małżeństwie. Może być stare ale nie musi być zbyt dobre. Ideały nie istnieją a gdyby istniały byłyby nudne.

Miłość.

Najważniejsza. Prawdziwa i wieczna. Niczego nie będę tu obalać. Wobec niej nie ma mocnych i mądrych. Wobec niej każda teoria stoi do góry nogami. Nie będę nawet dyskutować, że wszystkie powyższe twierdzenia są okej, że jestem ich pewna. Pewne są dla mnie. Pisałam je w ogrodzie botanicznym, siedząc na tandetnym plastikowym łabędziu, z notatnikiem na kolanie i zerkając na nasze bawiące się dziecko. Pod wpływem chwili. Chwili, w której zdałam sobie sprawę, że dokładnie połowę mojego życia spędziłam z moim mężem.

Dziś mija nasze wspólne 16 lat razem i 6 lat po ślubie. Życzę sobie i nam jeszcze co najmniej czterech szesnastek, zostawiam Was z tekstem doświadczonej partnerki długodystansowej, a sama idę uronić łezkę bo szykowałam zdjęcia do tego posta i oczy mi się zaszkliły.

P.S. Kocham Cię!

134 220 439 465 475