Paliłyśmy papierosy obserwując zza szyby rozświetloną panoramę śpiącego miasta i gadałyśmy o życiu. O wkurzających belfrach, kolejnych randkach i sukienkach na bal. A potem o pracy, weselach, dzieciach. A na nim stały puszki i chipsy, a kiedyś pies nań wskoczył, a potem siedziało dziecko.

Stół.

Stał w kuchni. W sercu domu. Gorącym choć na dworze panował mróz. I całymi wieczorami graliśmy na nim w Chińczyka i każdy każdego bił. Rąbał, zmiatał z powierzchni. Tego mikroświata, w którym rządził łut szczęścia, a jego narzędziem była kostka, a jej pionkami były pionki. Wściekaliśmy się i śmialiśmy na zmianę. I nikt nie zerkał w telefon bo nikt jeszcze nie słyszał o fejsie. Tylko herbatę piliśmy i boczek jedliśmy albo jajecznicę z pomidorami. I były to niezapomniane zimowe lata, gdy po złoto olimpijskie w dyscyplinie „Nie irytuj się” startowało czworo samozwańczych reprezentantów. I jednego zawodnika już nie ma. I boczku też nie. Jest jedno zdjęcie.

Przy stole.

Wysłuchałam tysięcy rodzinnych historii. Przemilczałam dziesiątki kłótni. Koiłam ich niepotrzebne nerwy herbatą z malinami, studziłam emocje zimną wodą.Wypuściłam drugim uchem bluzgi pomiędzy członkami rodzin i na ich temat. Dowiedziałam się, że w większości przypadków rodzina naprawdę najlepiej wypada na zdjęciu. Np. ślubnym. Pomogłam spełnić sen o najpiękniejszym dniu w życiu setkom osób z nadzieją, że miłość cierpliwa będzie, łaskawa i pychą się nie uniesie. Z najszczerszym życzeniem szczęścia. Z wiarą.

Przy stole.

Nie biurko do pisania literek, lepienia z ciastoliny, kolorowania. Biały, drewniany, ma ślady po farbach, kropki po długopisach, dziurki nie wiem po czym, choć niektóre zalepione. Ciastoliną. Kiedyś będzie ich pewnie jeszcze więcej – po cyrklu. Cudownie niedoskonały. Niewymuskany. Nie na niby.  Skąpany w świetle miętowej lampy patrzącej na niego z góry. Kopany przez majtające się nóżki małego człowieka, który nie jest w stanie usiedzieć na krześle, z nogą obsikaną przez psa.

Stół.

Piję kawę, czytam gazetę. Przeglądam ulubioną książkę kucharską. Stawiam kwiaty. Czasem kładę na nim babkę, innym razem nogi i wtedy rozmawiam przez telefon. Jem wspólny posiłek, planuję dzień, listę zakupów. A gdy chcę popisać – litery przesypuję z mojej głowy, poprzez palce, wprost na klawiaturę. Oni wałkują ciasto, wykrawają trójkąty, ja nakładam czekoladę. Rogale będą. Dmuchamy w okruszki, dziecko zdmuchuje świeczkę na torcie. Spędzamy czas.

Przy stole.

A było ich wiele. A przy nich ludzie. Najlepsi. Bo jak można przy stole, na stole i pod nim – to ma znaczenie. Bo jak można paluszki albo sushi, kakao albo wino czy colę jak w reklamie razem wypić – to ma znaczenie. Jak można patrzyć w oczy, przegadać całą noc i zatańczyć w szpilkach czy na boso – to ma znaczenie.

Nakryję i usiądą przy nim przyjaciele. Z tych i z tamtych lat. Tylko będziemy. I aż. Będziemy rozmawiać, śmiać się i płakać, gestykulować i robić głupie miny. Będziemy rzuć, ssać, łykać, siorbać, mlaskać. Będziemy wycierać usta i zostawiać sztućce ułożone na krzyż. Ktoś nakruszy przesuszoną bruschettą podaną na przekąskę, ktoś rozleje sok albo wino i będziemy ratować sytuację chusteczkami. A potem pójdziemy tańczyć, wyjdziemy na dwór z naszymi fundamentalnymi tematami do przegadania. I znów wrócimy na miejsca. Tam gdzie…

Stół.

Jeden mebel.

Jedno życie.