Od weekendu, w szkicach, leżakuje sobie prawie gotowy wpis. I pewnie opublikowałabym go dzisiaj, choć smutny i mało pozytywny, ale postanowiłam zmienić plan. Bo pomimo tego, że ten mój dzień urodzinowy miał być równie ponury i przekichany i nie zamierzałam go jakoś szczególnie celebrować, a tym bardziej opisywać, to jednak nie mogę się powstrzymać by tego wszystkiego nie powiedzieć… A pogadam sobie o pierdołach, a co!

Nie wiem jak u Was, ale u mnie, od kilku dni jest tak ciemno, że w tym tygodniu omal nie nabawiłam się norweskiej depresji. Mam naprawdę jasne mieszkanie, ale pogoda jest tak tragiczna, że czuję się jak kret jakiś. Dobija mnie to, szczególnie, że kocham październik, który w tym roku nijak kochać się nie daje. Rzeczywiście piździernik i w dodatku czarny! Brr.

Kochać się daje natomiast mój syn, który od samego rana rozwalił mnie kilkoma ciętymi ripostami i którego poczucie humoru w klimacie Monty Pythona – sprawia nam wszystkim niesamowicie dużo radości. Tak dużo, że już z rana przetrawiłam jakoś tę myśl, że po raz pierwszy od lat kilkunastu, urodziny spędzę bez mojego S. Zawsze lubiłam obchodzić urodziny, a jak w tym roku znielubiłam – to jeszcze na dokładkę Ten się wymiksował, zamiast wspierać mnie tu na miejscu w liczeniu zmarszczek.

Ktoś powiedział mi wczoraj „E tam… młoda jesteś, ja mam dychę więcej”. I ja zawsze młodo się miałam, ale po ostatnim roku też mam jakby dychę więcej. Zastanawiałam się nad tym, co sprawiło, że ni z tego ni z owego poczułam ząb czasu, gdy jeszcze niedawno wydawało mi się, że mój licznik stanął gdzieś w okolicy dwudziestu paru. I wiem.

Ludzie. Niestety lub właśnie „stety” okazało się, że „życie to jednak nie je bajka”. Bańka, w której egzystowałam sobie równie radośnie co żaba na bagnach, nagle pękła i prysnęła mi w oczy. A jak bańka z płynu do naczyń to i oczy szczypią, gdy się je otwiera. I ja je w ostatnim roku na to szczypanie otworzyłam i zobaczyłam, że ludzie to jednak zawsze fajni nie są (a widoczność miałam bardzo dobrą, przy tak gruntownie przemytych chemią ślepiach…).

I gdzieś zatraciło się we mnie poczucie wiary. W tychże właśnie. Jakiś niesmak mnie trapi i niedowierzanie. Nie wiem gdzie i jak ja się uchowałam, że wstrząsnęło mną dopiero teraz i co się stało z moim szczęściem do spotykania samych inspirujących indywidualistów cieszących się tym, że są?! Ze zdumieniem przyglądałam się w ostatnim roku blokerom typu Renulka z „Azja Ekspress”. Serio. Dostałam lekcję, że trolle jednak istnieją. Nie wierzyłam w to, tak jak i w teorię mojego (wówczas) 4-latka o tym, że dinozaury nie wyginęły. Aż pewno dnia, młody wyłożył mi i uświadomił, że co racja to racja. Było mieć więcej wiary w dobre i złe, możliwe i niemożliwe? Było. Ale się zmyło 😉

Paradoksalnie z rana poczułam się jednak młodo. Młodą mamą. Nadal. Znacie te sytuacje, w których latacie po chałupie w samych gaciach próbując ogarnąć poranny chaos i nagle ktoś puka do drzwi wywołując popłoch? No więc z rana niespodziewanie ktoś zapukał. I był popłoch. Panika. Połowa chałupy przerzucona w poszukiwaniu spodni. Nagle wszystkie się przede mną pochowały. W końcu otworzyłam, a tam… kurier z kwiatami od męża, który to sobie mąż, aktualnie w Trójmieście, czyli kurna daleko, kotwiczy. Nie przepadam za rozstaniami, z drugiej jednak strony dają one trochę świeżości i budzą z lekka zmuloną kreatywność. Ucieszyłam się z tej niespodzianki jak dzika norka, szczególnie, że stary chyba czytał w moich myślach, które to pojawiły się w komiksowej chmurce nad głową podczas oglądania jakiegoś serialu parę dni wcześniej, w którym ktoś komuś przesłał kwiaty 😛

No więc patrzę na te piękne, wytęsknione róże i myślę… dużo. Policzę. Ale zaraz przypomniałam sobie, że liczenie jest bez sensu. Ewentualnie pozostawię tę kwestię synowi, który zawsze pomija liczbę 29 bo sądzi, że ta jest dla zwykłych ludzi. Przecież wiem, ile ich jest. I wiem, że więcej niż 29. I doszłam do wniosku, że w sumie te wszystkie kolejne urodziny takie złe nie są, bo z roku na rok tych róż będzie przybywać, a ja znajdę na nie miejsce w każdej ilości. Nawet w liczbie stu.

STU, których życzyło mi dzisiaj tak wiele osób! WOW! Wall, wiadomości, telefony… Po stokroć było mi miło! Klub fitness na kawę albo proteinki zaprosił, biuro podróży słoneczną kartkę przesłało i nawet Pan Agent z trzeciego filaru nie chciał mi dzisiaj niczego nowego sprzedać tylko najserdeczniej życzył 😉

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas i dali znać, że pamiętają, że życzą samych wspaniałości! To mega fajne i nawet przez te ponurości przebiło się dużo ciepłego światła! Napisała też do mnie ciężarna kumpela, która na dniach rodzi, a jej siora też w ciąży i też na dniach. Z życzeniami, a przy okazji z informacją, że ta siostra już, już, właśnie teraz, dziś, urodziła córcię (gratulacje Ola!). A ja w daty, gwiazdy i liczby wierzę. Nie bez powodu wytatuowałam sobie Pi. I to była niesamowicie pozytywna wiadomość. I mówię do Moni, że cudnie i że superancka dziewczyna z niej wyrośnie. Bo dziewczyny z 13-go października są super. Wiem to!