… czyli trzy słowa na temat Krakowa.

Zatem wróciliśmy z naszych spontanicznych weekendowych wojaży 😉 Było super, choć zimniej niż się spodziewaliśmy, co notabene bardziej przeszkadzało nam niż Koście, bo Ten wyposażony jest w solidne termo-ciuchy. My z kolei, w ferworze pakowania last minute zapomnieliśmy odpowiednio rękawiczek (mąż) i szalika (ja).

Lubimy poddawać się trochę przypadkowi i ten weekend organizowały nam właśnie zrządzenia losu. Zaczęło się od kwatery, na poszukiwanie której poświęciłam cale 45 minut. To i tak więcej niż ostatnio, gdy wraz z mężem, wyskoczyliśmy w interesach na Mazury i pod wpływem nagłej, przemożnej chęci zwiedzenia w drodze powrotnej – pierwszej stolicy Polski, a może w wyniku porywu patriotyzmu – szukałam, w środku nocy, noclegu „z drogi”. Będąc jakieś 30 km przed Gnieznem 😉 Tym razem miałam więcej czasu, ale co chcę powiedzieć, to to, że rezerwacje na ostatnią chwilę mają swoje plusy. Zawsze korzystam z portalu booking.com i rezerwując w ostatnim momencie można trafić na ogromne, nawet 70% promocje. We wspomnianym Gnieźnie spaliśmy w rewelacyjnym, historycznym hotelu 4-gwiazdkowym w środku miasta i w cenie zaledwie 100,00 zł ze śniadaniem. Szlachta się bawi 😉 Tym razem, w Krakowie, kwaterowaliśmy w samym centrum Kazimierza (mieliśmy widok na Plac Nowy) w apartamentach, w bardzo klimatycznej krakowskiej kamienicy.

18Ustrzeliłam tę lokalizację właśnie z przypadku, bo zaintrygował mnie fakt, że pokoje są urządzone w stylu ludowym, a w ogóle to recepcja była jednocześnie małą galerią sztuki. Klimat wspaniały, apartament na poddaszu 2-pokojowy, czyściutki, cichy. Czuliśmy się tam świetnie. Jego ludowość była poniekąd ikeowska, ale oryginalne drewniane stropy, obrazy i rzeźby robiły efekt.

11 12 161513 1410 minut od Wawelu, 60,00 zł/os/doba ze śniadaniem. Bezcen. Czasem mam wrażenie, że im większe miasto tym taniej można znaleźć genialne miejsce. Do tego drewniane, a nie turystyczne łóżeczko przytachane przez obsługę z uśmiechem na ustach na 3 piętro (choć Kostulina i tak spał z nami). Bomba.

Już sobotnie śniadanie wprawiło nas w dobry nastrój. Jadalnia z przeszklonym zadaszeniem i drewnianą podłogą, a na ścianach stare plakaty reklamujące wystawy malarskie. Kulturę w Krakowie czuć na każdym kroku. I czas tu płynie jakby wolniej.

Na początek wpakowaliśmy Kostę w nosidło i wybraliśmy się na Wawel. Dodam, że nosidło w takich miejscach, gdzie są jakieś zejścia, wejścia, bramki to świetna sprawa. Przydatne też gdy maluch się zmęczy. No i tak trochę na barach, trochę na własnych nogach – zwiedzaliśmy.

171920Jako, że Mały ogranicza czasowo swoje chęci do wspólnego penetrowania terenu, obejrzeliśmy królewskie apartamenty i groby. Oboje z mężem, romansowaliśmy już kiedyś z Krakowem więc nie było nam żal, że nie zobaczyliśmy więcej, no może poza tym, że nie odwiedziłam „Damy z Łasiczką” (mam fioła na punkcie sztuki), która chwilowo rezyduje na Wawelu, ale za to „Monę Lisę” mam zaliczoną więc „żal” dało się jakoś przełknąć.

21Później wróciliśmy „na bazę” na Kościakowy obiad i tym razem, ze spacerówą, wyposażoną w dodatkowy śpiwór, wyruszyliśmy w miasto. Król Kosta Pierwszy zmęczony przerywaną nocką i sporą ilością wrażeń nawet nie protestował gdy lokowaliśmy go w jego współczesnej lektyce i smacznie spał, podczas gdy my spacerowaliśmy Sukiennicami, Floriańską, oglądaliśmy Ołtarz Wita Stwosza w Kościele Mariackim i popijaliśmy gorącą czekoladę żeby trochę się do-energetyzować i rozgrzać.

22Gdy Maluch już się wyspał, poszliśmy na późny obiad (minus dla nas, że nie sprawdziliśmy, gdzie można dobrze zjeść bo było bez fajerwerków), po czym wróciliśmy do hotelu z postanowieniem, że już nigdzie nie wychodzimy. Ale czy popołudnie w pokoju hotelowym musi być nudne? Nieeee…

23Wszyscy padliśmy jak kawki ok. 21:00(!) i wyspaliśmy się za wszystkie czasy. To było jak los na loterii, bo w domu zawsze jest coś do zrobienia i stale dokucza nam (bynajmniej mi i Sebastianowi) chroniczny deficyt snu.

W niedzielę, wyspani i nieco rozleniwieni, po śniadaniu opuściliśmy kwaterę, zafundowaliśmy sobie poranny zimowy spacer z przebieżką, po czym udaliśmy się do Muzeum Narodowego.

24Mamy taką zasadę, że z Kościakiem wszelkie miejsca, gdzie bywają tłumy odwiedzamy w godzinach przedpołudniowych (tyczy się to zarówno sal zabaw, marketów jak i galerii czy muzeów, do których bardzo lubimy chodzić). Było tak jak oczekiwaliśmy: pusto i spokojnie. Ani nikt nie przeszkadzał nam, ani my z Maluchem o wysokich tonach – nikomu.

DSC_027525Tłumnie zrobiło się w szatni, ale wtedy my się już ewakuowaliśmy. Po muzeum pojechaliśmy na Kopiec Kościuszki, ale tam, w roku 2013 nie można płacić kartą więc pocałowaliśmy bramki. Potem Mały zrobił się śpiący zatem uznaliśmy, że jest to dobry moment, by we względnym spokoju udać się w drogę powrotną.

Mieliśmy tylko 15,00 zł gotówki i zbytniego lenia żeby szukać bankomatu, wobec czego postanowiliśmy nie korzystać z autostrady tylko z dróg alternatywnych. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Nadszedł najwyższy czas na obiad Kościaka i my też byliśmy głodni. Postanowiliśmy rozejrzeć się po drodze za jakimś lokalem w karczmianym stylu i w zasadzie chwilę po tym, jak to postanowiliśmy, wyrósł przed nami billboard z reklamą jakiejś karczmy. No więc skoro tak – to jedziemy. No i powiem Wam szczerze, że to było TO! Najlepsze odkrycie tego weekendu. Rozkosz dla zmysłów i podniebienia. Trafiliśmy do „Karczmy Zagroda” przy Nadwiślańskim Parku Etnograficznym w Wygiełzowie posiadającej certyfikat „Regionalnej Karczmy Małopolski”. Fantastyczny klimat lokalu, uczta smaków i do tego rewelacyjny sposób podania to najbardziej nieoczekiwane zdarzenie weekendu. Nie spodziewaliśmy się, że trafimy do tak fajnego miejsca z przypadku. Trochę tam zabawiliśmy i do domu wróciliśmy późnym popołudniem.

Wrażenia… Kraków jak zawsze piękny… to chyba miasto najpiękniejsze w Polsce. W piątek wieczorem, gdy przyjechaliśmy, z zazdrością patrzyłam na tętniące życiem liczne puby i kafejki. Sama chętnie pokonwersowałabym z kimś ciekawym przy lampce wina, ale mając na przedzie (znaczy się w nosidle) Kościaka, o 22:00, pozostało nam tylko zamówić pizzę na wynos w pobliskiej pizzerii i wrócić „na apartamenty”, co i tak, z racji godziny można by uznać za wyjście ekstremalne ;). Kraków. Miasto stare, a jednocześnie bardzo kosmopolityczne. Zaprawdę to moje klimaty. Uwielbiam „rażące” zderzenia historii i kultur. Tygiel. To jest to. Wiecie, że pomieszkujemy to tu, to tam. Kraków wpisaliśmy sobie na naszą listę „must live” i wrócimy tu na dłużej „someday”.

Chciałoby się, będąc w takim mieście, nawet krótko, skorzystać z bogatej oferty kulturalnej i wtopić, nawet na chwilę, w środowisko. Z małym dziecięciem tak się nie da. Pomimo całego spontanu trzeba w taki pobyt jakoś wkomponować formy przemieszczeń z punktu A do punktu B, pory posiłków (i rodzaje), uwzględnić potrzeby progenitury. Jakość zwiedzania jest ekstremalnie inna. Co nie znaczy, że gorsza. Kwestia nastawienia. Weekend zaliczamy do udanych. Jako, że jesteśmy non stop sami z dzieckiem, to nawet to jednorazowe wyspanie się dodało nam trochę energii ;), nie mówiąc już o zmianie otoczenia. Wypoczęliśmy. Zalecamy! 😉