Jedzenie w przedszkolu…

Przeczytałam dzisiaj artykuł w portalu e-dziecko na temat opinii matek o jedzeniu serwowanym dzieciom w przedszkolach. Jak ze wszystkim. Nie jest czarno ani biało. Funkcjonują placówki, które dbają o zbilansowaną, zdrową dietę maluchów, są też takie, gdzie prym w menu wiedzie cukier, a pyszne paróweczki są na porządku dziennym. Zadziwia mnie fakt, że w XXI wieku nadal serwowane są potrawy rodem z komuny jak makaron ze śmietaną czy pierogi z cukrem właśnie… hmmm.

Sama nie jestem zagorzałą przeciwniczką słodyczy. Jak jemy w domu ciasto – nie każemy dziecku patrzeć. Próbuje jeśli ma ochotę – czasem nie ma. Pewnie właśnie dzięki temu słodycze nie są obiektem jego pożądania, a najlepszą przekąską jest ryżowy wafel. Ale przedszkolnego podwieczorku z wafelkiem w rozmiarze XXL jakoś sobie nie wyobrażam. A to podobno żaden „fenomen”… Przyznam, że gdy zaczęłam zgłębiać temat – niektóre jadłospisy mrożą krew w żyłach…

Ale nie o tym miało być…

Etap przedszkolny jeszcze przed nami i wiem, że będę musiała zwrócić uwagę na to, co podaje się dzieciom w placówce. Nie chciałabym też skupiać się na temacie podawania cukru czy jego nie podawania, ani na osławionych parówkach.

Chciałabym zwrócić Waszą uwagę i uczulić Was na catering w żłobkach i przedszkolach. Już dawno miałam o tym napisać, ale najpierw byłam zaabsorbowana pracą, a potem zapomniałam. I dziś, czytając wspomniany artykuł – przypomniało mi się!

Przypomniały mi się opowieści bliskiego znajomego, który całkiem niedawno odszedł z pracy w cateringu, gdyż nie mógł patrzeć na procedery dziejące się w kuchniach i przy transporcie jedzenia rozwożonego do instytucji (przedszkoli, żłobków, szpitali).

Mielone resztki, niemyte pojemniki, w których dostarczane jest jedzenie, tragiczne(!) warunki, w jakich dania są przewożone (zdezelowane auto z ulatniającym się gazem), tanie składniki. Kotlet, który po przypadkowym upuszczeniu na podłogę wraca do gara, bo wszystko wyliczone i inaczej kucharka musiałaby za „błąd” zapłacić – to tylko niektóre, najmniej drastyczne metody postępowania.

Po wszystkich historiach jakie usłyszałam – już nigdy niczego nie zjem w szpitalu jeśli zdarzyłoby mi się kiedykolwiek tam znaleźć. Nie chciałabym też aby tak przygotowywane i dostarczane jedzenie trafiło do ust mojego dziecka. Nie ma co generalizować, piszę o przypadku jednej firmy, ale zważywszy na to w jakim kraju żyjemy – domniemam, że nie jest on odosobniony.

O ile nad kuchniami przedszkolnymi czy żłobkowymi rodzice mogą sprawować jakąś, choćby pośrednią kontrolę to nad jedzeniem z zewnątrz – nie ma pieczy niemal żadnej. Jeśli do placówek, w których przebywają Wasze maluchy, jedzenie dostarczane jest w formie cateringu – warto przyjrzeć się firmie przygotowującej jedzenie wyjątkowo wnikliwie. Ot co!