Pewnego dnia postanowiłam. Piję wodę!

Właściwie cały czas ją piłam ale nie w takich ilościach jak powinnam, szczególnie w dni bez aktywności fizycznej. Efekt? Polubienie fanpejdża na fejsie pt. „Nie mów do mnie z rana”, częsty ból głowy i cienie pod oczami większe niż ustawa przewiduje. Nie oszukiwałam się, że wyeliminuję którykolwiek z punktów. Fanpejdż trafiony, a dolegliwości takie czy inne ze mną są i zostaną już na zawsze. Nie chciałam jednak pogłębiać tego co niefajne, a chociaż zniwelować. Tak oto wiosenne zmiany zaczęły się od wody. Pisałam już, że męża też w to wciągnęłam?

Westwing_Mood_EInmachen_FINAL_3Początki.

Ból. Siódma rano ale nie ma przebacz. Wstałam, obaliłam szklanicę, drugą poniosłam mężowi. Prawie jak śniadanie do łóżka. Prawie robi wielką różnicę. Wymiękaliśmy już wczesnym popołudniem gdy za sobą mieliśmy po pierwszym litrze. Ale trwaliśmy tak w postanowieniu. Zmotywowani przejrzeliśmy nawet ofertę dzbanków filtrujących w WESTWING.

Wrażenia po pierwszych godzinach i dniach? Pełen brzuch – niestety nie nazwałabym tego uczuciem sytości. Generalnie wody po kokardkę! Brak apetytu i tzw. smaka podczas posiłków, na które tak naprawdę kompletnie nie miałam ochoty.

 

Dalej.

Nie było łatwo się przestawić. Zalecane 2 litry to wcale nie jest próg łatwy do osiągnięcia. Choćby dlatego, ze trzeba o tym ciągłym piciu pamiętać. Na straży stała na szczęście aplikacja przypominająca i jakoś poszło. Mocno motywująca – polecam!

Kolejne tygodnie przyniosły efekty. Niektóre zaskakujące. Samopoczucie znacznie lepsze, migreny rzadsze no i mój ulubiony fanpejdż  stracił na aktualności. System regularnego nawadniania (brzmi jakbym podlewała ogródek 😉 ) sprawił, że przestałam potrzebować do życia… porannej kawy! Dacie wiarę? Mówię to ja – zagorzały kawosz, który o poranku potrzebował dawki kofeiny wprost do łóżka! Tego się nie spodziewałam.

IMG_20160403_082459

 

Minusy? Też były. I są. Oczywiście tęsknota za porannym rytuałem ale też totalny brak łaknienia. All the time…

Łatając dziury w postaci braku kalorii ale też niezbędnych składników odżywczych – część sesji z wodą zmieniłam na pożywne koktajle. Potrzebowałam ich więcej niż zwykle więc zatopiłam się (nie, nie w wodzie) – w morzu inspiracji. Znalazłam je m. in. w magazynie Westwing, gdzie jak się okazało mogę czerpać nie tylko w kwestii urządzania otaczającej mnie przestrzeni ale także w tematach zdrowej diety. „Zielona rewolucja”, zainspirowała mnie do przyrządzania koktajli w 100% zastępujących pełnowartościowe śniadania a nawet obiady i tak nie rezygnując z nadal dużej jak dla mnie ilości płynów – zapewniam sobie energetyczne paliwo.

 

Póki co raczę się tą płynną dietą ale nie narzekam. Mój akupunkturzysta, specjalista od nakłuwania po koreańsku zawsze zalecał taki sposób odżywiania przez 2-3 miesiące jako zbawienny dla organizmu więc piję, łykam, sączę i czekam aż moje ciało będzie gotowe na więcej 😉

Tymczasem zmykam nalać sobie wody!