Pewne rzeczy zapamiętujemy na zawsze. Gdy wstajemy rano, to pamiętamy jak chodzić, jak myje się zęby i jak się kawę parzy. Ale nie pamięta się całego życia, każdej jego minuty. Podobno przelatuje przed oczami, gdy jesteśmy na krawędzi, ale na co dzień to nie. Szczególnie trudno jest nam wrócić pamięcią do wczesnego dzieciństwa. W dorosłym życiu, z tego ważnego okresu, pamięta się tylko chwile. Gdy zadumamy się i pootwieramy szufladki to może być ich całkiem dużo.

Ale to nadal momenty…

Wracam do swoich. Pamiętam głównie to, co wywoływało we mnie silne dobre lub złe emocje, albo coś, co było powtarzalne. Np. zabawę z dziewczynami na klatce schodowej, gdy rozkładałyśmy koce na piętrach i miałyśmy tam „domy”. Nawet wzory na tych kocach pamiętam. Pamiętam, gdy miałam 8 lat i mama wróciła z pracy wcześniej niż zwykle, mówiąc, że tata jest w szpitalu. A potem szpital i charakterystyczny znak mojego ojca, który lubił gestykulować. Zamiast powiedzieć – nakreślił dłonią, w powietrzu „Z”. Zet jak zawał. I zaraz potem komunia bez taty. Pamiętam pierwszy wspólny wyjazd z rodzicami na Mazury. Daleko. Pociągiem. W nocy. I zapach morza podczas innych i mój wymarzony, różowy dres na deszczowej plaży. Smak maminych kokosanek, jeszcze ciepłych. Zawsze ten sam. Tak jak smak jajecznicy ojca z pomidorami i nasze poniedziałkowe, poranne czytanie „Gazety Lubuskiej”. Nazajutrz po meczach ligowych na żużlu. Pamiętam. Nie uleciało.

Chcę, by mój syn pamiętał jak najwięcej, a szczególnie, że dzieciństwo miał dobre. Miłości pełne. To dlatego, zawsze kiedy chce się przytulić i porozmawiać – odkładam wszystko i tulę i rozmawiamy. A ojciec gra z nim w planszówki do upadłego. To znaczy ojciec już pada, syn nie 😉 Wiem, że zapamięta, że rozmawialiśmy, i że tuląca mama pachniała drzewem sandałowym, wanilią, bursztynem i owocową nutą. I zapamięta, że z tatą grywali namiętnie. Będzie to wspomnienie „ogólne”.

Ale zapamięta też momenty. Złe i dobre. Wtedy, gdy w czasie obiadu wyszłam i trzasnęłam drzwiami. Wtedy, gdy tata nie zdążył wrócić na kolację, bo musiał zostać w pracy. A obiecał. Emocji dusić nie można, a życia zaprojektować się nie da. Jako zodiakalna waga, w jednej kwestii wyłamuję się ze swej natury. Bo do szufladek mojego syna chcę wkładać jak najwięcej chwil dobrych. Najpiękniejsze momenty okraszone zapachami, muzyką, kolorytem. Uważam, że to najlepszy kapitał na życie i w to inwestuję. A na złe – zawsze przyjdzie pora. One nikogo nie omijają, same przychodzą. Niech więc przewaga tego co dobre – miażdży.

6.

6 urodziny K. były wyjątkowo udane. Wręcz fantastyczne. I niektórzy rodzice pytali jak wpadliśmy na pomysł. To proste. Zapytaliśmy o czym marzy najbardziej. A potem zrobiliśmy co w naszej mocy, by marzenie zrealizować. Wiem, że to nie wiele, a K. zapamięta ten dzień na całe życie, bo miało silny kontekst emocjonalny. Cement dla wspomnień, które na pewno wrócą za 10, 20 i 30-lat. Zawsze wtedy, gdy będzie tego potrzebować. Otworzy umysł, wyciągnie dobre wspomnienie z szufladki i ogrzeje nim serce. Tak jak innymi, dobrymi, którymi staramy się wypełnić jego maleńkie jeszcze życie.

Zanim przyszło do dmuchania świeczki, takiej jaką wybrał – złotej szóstki – zapytano dzieci, każde z osobna, czego Koście życzą. To były piękne życzenia. Tak bardzo potrzebnego mu zdrowia, tego, żeby mógł spać u jednej z dziewczynek 🙂 i czegoś jeszcze. By rodzice go słuchali. Czyste, prawdziwe, epickie!

Zawsze będziemy starać się usłyszeć!