Tak, zwyczajny wkurw.

Czujesz wtedy gdy jedziesz sobie jedziesz i zamiast skupiać się na pejzażach jakichś, widzianych oczyma wyobraźni oczywiście, masz cholera niepowtarzalne (aż do następnego razu) wrażenie. Wrażenie, że oto właśnie madafaka – nogi ci się kurwa palą!?!? Spoglądasz na uda czy łydki w poszukiwaniu płomieni, zaciągasz się by wyczuć podstępny zapach dymu, w myślach wystukujesz już na klawiaturze telefonu 999… ale nie. Nie. Wszystko jest ok choć wydaje ci się, że należałoby wszcząć alarm.

Na chwilę wracasz do rzeczywistości „osiem, siedem (…) dwa,  froooozen” i oto okazuje się, że ogień widzisz tylko w oczach instruktora i ewentualnie reszty grupy (a z tym to akurat różnie bywa bo niektórzy też wkurwieni :P) a jak śmierdzi to co najwyżej potem. Wkurw czujesz gdy jeszcze chcesz a już nie możesz i tak cię to irytuje, że wbrew logice i samemu sobie jesteś w stanie wykrzesać z siebie jeszcze więcej energii i determinacji i robić swoje. Co, ja nie dam rady? Pluję jadem sama do siebie 😉

W sumie lubię TO mieć. Czasem jest to dla mnie najlepsza, jedyna i ostateczna w danej chwili forma motywacji. To moment, w którym jestem lata świetlne od strefy komfortu, świadomie sprawiam sobie ból (czy aby na pewno byłam w pełni władz umysłowych przychodząc na ten trening?) i tylko „szlagqrwaratrafiacz”powoduje, że jadę dalej.

Myślę, że dotyczy to nie tylko mnie. Gdy instruktor, z nutką sakrkazmu w głosie /bo wie, że daje popalić (znów ten ogień)/ krzyczy: „uśmiech” a nikt nie odpowiada sympatycznym gestem – to jest chyba ten czas, w którym każdy (a może nie każdy?) myśli „ja pierdolę, co ja tu robię, która godzina?”.

Może, może  ale jedno jest pewne. Nie ma lepszej opcji całkowitego wyrwania się ze szponów codzienności niż ostra jazda. Jak biegałam to głowę miałam w domu, w pracy, przy dziecku. Tworzyłam w myślach listę zakupów, planowałam weekend, itd. Jestem wielozadaniowa i zwykle nie potrafię inaczej. Rozkminiam dziesiątki tematów jednocześnie. A tutaj się nie da. Wyłączam się i tylko jadę. Jezu! Odkryłam patent jak skupić się na jednym! Każda babka wie, że to niemal nierealne. A jednak! Eureka! Ech… zajęło mi ledwie trzydzieści parę lat.

Tyle soczystym słowem wstępu.

Długo, oj długo zbierałam się by wreszcie napisać o tej mojej nowej formie aktywności. Nie czułam się na siłach by prawić o czymś o czym pojęcie miałam tak mgliste. Podziwiam ludzi, którzy jednego dnia kupują buty do biegania gdyż postanowili, że od tej pory zaczną biegać a następnego zakładają bloga tematycznego i jadą z tym koksem niekoniecznie w ramach auto-motywacji. Ja do kilku słów zbierałam się od ponad roku czyli odkąd zdradziłam bieżnię i przerzuciłam się na rower stacjonarny Tomahawk.

Teoretycznie mogłabym napisać na ten temat wiele. Jak to bloger. A to o zawartości torby zabieranej do klubu fitness, a to o zaletach treningu, a to typach osób uczęszczających na cycling. Właściwie ten ostatni temat można ogarnąć szybko. Bo na cycling chodzą sami typiarze. Trzeba być niezłym typiszczem by porywać się na tę dyscyplinę, a szczególnie na poziom hard. Kiedyś na zajęcia testowe wpadł do nas gość z gazety. Napisał później, że przed oczami widział ciemność i jak 90% osób wpadających na próbę (statystyki prowadzę na oko) – więcej się nie pojawił. Szkoda, że nie dostrzegł tego płomienia, o którym pisałam wyżej bo tak naprawdę pomimo, że klnę bezgłośnie aczkolwiek nieoszczędnie, to tak na serio uwielbiam indoor cycling i wszystkim polecam. Początki nie są sielankowe ale później to (prawie) sama przyjemność. Bomba energetyczna. Fantastyczna forma rekreacji.

I tak naprawdę to… bluzgam sporadycznie. Pokonałam trochę własnych barier, pewnie kilka progów wydolnościowych, ciągle trenuję by oprócz tego by pojechać od początku do końca to jeszcze zrobić to dobrze, lepiej, by utrzymać ciało w idealnej pozycji przez cały czas. Być może upłynie kolejny rok nim to osiągnę i napiszę więcej wobec tego kilka luźnych faktów, obserwacji i złotych myśli prosto z sali treningowej.

  • Co motywuje do jazdy? Poza zapalonym instruktorem muzyka! Jeśli ta jest słaba to i rzucanie w głowie mięchem mi nie pomaga. Dlatego nie przepadam za cyclingową tabatą aczkolwiek za efektami jakie za sobą niesie – bardzo (to dopiero hardcore). Muzyka przygotowana specjalnie pod jazdę interwałową jest dla mnie nieco monotonna.
  • Co daje trening? Moc energii, kondycję i ponoć się chudnie. Mi się to nie udaje ale znam osoby, które w stosunkowo krótkim czasie zrzuciły kilkadziesiąt kilogramów. Za to tyłek – dwa centymetry w górę 😉
  • Ktoś zapytał mnie o co chodzi z tym „frozen”? Chodzi o to, że podczas treningu padają komendy i jedziesz w różnych pozycjach, po prostu ćwiczysz jadąc na rowerze. Głównie na stojąco. Frozen jest wtedy gdy pedałując (najczęściej dość szybko i zawsze z obciążeniem) jesteś w stanie jednocześnie malować rzęsy. Wierzcie mi – to zadanie znacznie bardziej wymagające niż manewr z tuszowaniem wykonywany na czerwonym świetle w drodze do pracy. Mascary na wyposażeniu torby treningowej nie ma ale mniej więcej tak to wygląda. Dodam, że „frozen” najtrudniejszą ewolucją nie jest. Są gorsze 😉
  • Jeśli jesteś kobietą i miałaś okazję próbować oddychać na porodówce to tutaj może ci się to udać. Nie że poród, tego lepiej nie próbować w klubie fitness. Ale nauka oddychania ze szkoły rodzenia na pewno się przyda :D.

Three, two, one… cyrcle eight – complete.

IMG_20150702_204319 IMG_20150702_202001