Późno. Późno publikuję, choć widziałam w pierwszy weekend. Szum jakby zelżał. Może lepiej. Ciszej.

Do tej pory „Wołyń” obejrzało ponad 600 tysięcy widzów. Każdy wyrobił sobie na temat tego filmu jakieś zdanie. Każdy. Nie tylko 600 tysięcy oglądających, ale też miliony, które jeszcze nie widziały. Czytam sporo recenzji, opinii, komentarzy. Są skrajne. Niektóre dziwią. Najbardziej niedorzeczności tych, którzy jeszcze nie wiedzieli, albo jak deklarują – nigdy nie zobaczą. Bo…

  • nie zamierzają przez kolejne 3 dni płakać albo przeżywać drastycznych scen zawartych w filmie,
  • nie zamierzają fundować sobie „takich” wrażeń (jakby opowiadana w nim historia była kiepskim horrorem wypuszczonym w Walentynki!?!?!?),
  • bo trudno będzie otrząsnąć się,
  • bo <ojojoj> nie ma się odwagi… (chociaż do oglądania newsów np. z Syrii odwagi mało komu brakuje. A chwilę później zapomina się o ludzkich dramatach bez najmniejszego problemu…)

Różne te komentarze. Wielu ludzi jest zszokowanych. A mnie szokuje ich przebudzenie. Nie wiedzieli? W latach 1939-1947, na Kresach dokonano zbrodni ludobójstwa wobec pięciuset tysięcy osób!

Niektóre gotują się od nienawiści. Inne są pełne kompletnego niezrozumienia, wyróżniające się brakiem elementarnej wiedzy nt. tego się wydarzyło. Puste, a z drugiej strony pełne. Pełne ignorancji.

Dla mnie nie był to najstraszniejszy film jaki widziałam. Bo ja już go widziałam dawno i wiele razy. Tyle, że oczyma wyobraźni, albo sercem przepełnionym częściowo przemilczaną opowieścią i głębokim smutkiem, który odbijał się w jego oczach. Chyba już jako dziecko przywykłam do tych obrazów, mam je w głowie. I muszę Wam powiedzieć, że zostały w „Wołyniu” wiernie odtworzone. Oglądałam tę historię dokładnie taką jaką ją znam.

Znam ją i nie sparaliżowała mnie. Już nie. Właśnie dlatego. Tak samo jak większości osób nie szokuje już film dokumentalny o ludobójstwie w Auschwitz. I mają odwagę oglądać i otrząsać się nie muszą…

Znam historię małego chłopca, na oczach którego zabito jego ojca. On przetrwał. Znam historię ojca, któremu na oczach małej córeczki wyrwano żywcem serce, a potem wożono po okolicy nadziane na drut z „piosenką” na ustach… „Jeszcze Polska nie zginęła”. Znam historię pewnej nocy. 22 grudnia 1944 roku. Znam historię napaści na wieś, w której zginęło ponad 100 osób. Napaści, w której niemowlęta, na rękach matek, skalpowano żywcem, a matkom przebijano głowę widłami. On przetrwał. Znam historię cudem uratowanych dzieci. Znam tę historię, z którą oswajałam się przez większą część życia. To historia rodzinna, taka trochę wyrwana z kontekstu, trudno dostępna. Historia mojego dziadka i jego najbliższych. Jego rodziców, sąsiadów, kuzynostwa.

I jeśli mówi się o zebraniu odwagi, by pójść na ten film to powiem Wam, że mają ją żyjący świadkowie tamtych wydarzeń, którzy starają się ocalić je w pamięci. Choć boli! I to jedynie oni mierzą się z demonami. Mierzyli się z tymi doświadczeniami i obrazami całe życie. I to dla nich trzeba zobaczyć „Wołyń”, bo tylko dzięki wiedzy kolejnych pokoleń przetrwa pamięć o nich. O tych, których cierpienie wielu próbowało przemilczeć. Na szczęście nie Pan Smarzowski.

Ten film to historia, którą trzeba znać. I to nie widły, ani nie ogień są w niej straszne. Straszna jest nienawiść i straszny jest człowiek.

 

Zdjęcie głw. / Materiały prasowe