O ojcach się nie rozmawia. A w każdym razie mówi się o nich niewiele. W przeciwieństwie do współczesnych matek – ojców nie ocenia się i nie rozlicza z ich roli. W każdym razie nie za bardzo i na pewno nie na każdym kroku. Przyznam, że jeśli zdarza mi się słuchać o ojcach (a ma to miejsce niezmiernie rzadko) lub czytać ich czy o nich – to jawią mi się (oczywiście uogólniając) wpisani w obraz taki, jaki wykreowały społeczne oczekiwania wobec nich.

Mężczyźni ci zwykle intensywnie pracują na utrzymanie rodziny, ale znajdują też czas na to, by zadbać o siebie, związek i o dzieci…. Popołudniami beztrosko biegać z nimi i z psem po parku, wozić na dodatkowe zajęcia, czule i precyzyjnie pielęgnować w chorobie, a każdego wieczoru jeść rodzinną kolację przy jednym stole, rozmawiając o bieżących sprawach i na dobranoc czytać owym potomkom książki, wieńcząc tę hollywoodzką sielankę lampką wina przy kominku wychylaną z partnerką i elokwentną lekturą zabieraną do łóżka…

No jest. Jest taki trend, pozytywnie komentowany, szerzony w świadomościach i tym samym naturalnie przyjmowany za pewnik. Trend ojca współczesnego, zaangażowanego. Tak bardzo oderwanego od męskiego rodzicielstwa jakie miało miejsce jeszcze całkiem niedawno, bo w poprzednim pokoleniu… Czyżby?

Dziś zewsząd atakują nas nie tylko matki polki, ale też świadomi i mądrzy rodzice. Sieć i fora są ich dosłownie pełne. Tylko chciałabym zauważyć, że wśród tych super angażujących się – miażdżąco przeważają kobiety, a rola mężczyzn to co najwyżej powielanie wzorców reprezentowanych przez matki dzieci. Sorry. Coś się w „tacierzyństwach” rzeczywiście zmieniło na plus, zadziało, ale nie oszukujmy się – mężczyźni w rodzicielstwie nadal są z boku. Tyle, że tę kwestię marginalizuje się. Milczy się o niej.

Obecni? Czasem bardzo i nie kwestionuję tego, lecz najczęściej jedynie z pozycji obserwatorów. Nierzadko sierotek o dwóch lewych rączkach, bez szemrania przystających na wszelkie matczyne propozycje odnośnie modelu prowadzenia domu, wychowywania dzieci, itd. Ojcowie obecni i zaangażowani są i myślę, że zawsze byli. Jest to i była jednak zdecydowana mniejszość. Tyle, że teraz, w dobie upowszechnienia mediów – więcej się o takich rodzynkach mówi, budując wokół współczesnych ojców ogółem – aureolkę nowoczesnych, fajnych, bliskich dziecku i rodzinie głów. A czego się nie dopowie – nie istnieje…

Jak jest naprawdę?

Współcześni ojcowie są obecni i zaangażowani. Bezsprzecznie. Bardziej niż ich ojcowie! Bo! Angażują się o jakieś 22 minuty „bardziej” nich ich starzy! Bo! Badania mówią, że kilkanaście lat temu tatusiowie poświęcali swoim dzieciom całych 8 minut dziennie, a teraz to 30! I to w porywach do godziny!

Cóż… zważywszy, że ludzie pracują (matki też! nie tylko ojcowie) i w życiu, od czynników ekonomicznych nim władających uciec się nie da – można uznać, że ta godzina to całkiem niezły wynik. Ale… czy to świadczy o obecności? O realnym byciu w tej rutynie i codzienności? Tej, w której trzeba czymś sensownym dziecko nakarmić, zadbać o pielęgnację, pożegnać pieluszkę czy niewłaściwego chłopaka córki? Tej, w której trzeba sprzątać na okrągło, nazbierać kasztanów do przedszkola, autentycznie wsłuchiwać się w dziecko i robić razem ciastka? Robić więcej niż wspólne ułożenie puzzli z odpalonym telewizorem w tle?

Deklarowanie partnerstwa w wychowaniu dzieci można o kant dupy rozbić. Niestety nie pokrywa się z rzeczywistością. Z prozą życia. Oczywiście można to zrzucić na kark mantry pt. brak wzorców, brak umiejętności (wynikający jednak ze zbyt słabego zaangażowania), blokowanie dostępu do dziecka przez nadopiekuńcze partnerki, które wiedzą lepiej, ale uważam, że jest to raczej kwestia męskiej decyzji. Bo miłości ojcowskiej absolutnie tu nie podważam. Jeżeli facet chce być zaangażowanym, dostępnym i obecnym rodzicem dla swoich dzieci – to jest. I już. Z równymi prawami i na równych prawach.

I nie trzeba wtedy dzwonić do niego co 5 minut, gdy na kilka godzin lub (w imię ojca i syna) dób zostanie sam na sam z niemowlęciem. I nie trzeba sprawdzać, czy pamięta o leku w czasie choroby. A on nie wydzwania podczas zakupów dla dziecka z zapytaniem o rodzaj talku do pupy czy rozmiaru bucika, gdy wybierze się w miasto celem nabycia dajmy na to kapci czy kaloszy. Nie trzeba martwić się o kompletną stylówkę do przedszkola, w której obie skarpety dziecka są takie same i o ubranie na przedstawienie. Nie trzeba. Jeśli ojciec jest realnie obecny w życiu dzieci, w ich codzienności – to jest w tym najlepszy i nic nie trzeba. Bo on wszystko wie i nie zachowuje się w temacie rodzicielstwa jak niedzielny kierowca w niedzielę.

Ojciec obecny i zaangażowany to nie mit. On naprawdę istnieje, ale to nadal prawdziwy okaz. I dobrze, że jest!

O ojcach się nie rozmawia. Tak brzmiało pierwsze zdanie tego tekstu. Choć to dosyć przewrotne, to mam wrażenie, że wśród kobiet – temat rodzicielstwa ich partnerów to temat tabu. Jeśli się już o tym mówi, to raczej politycznie poprawnie i w superlatywach, uwypuklając to co dobre. Miłość jest, wsparcie jest, ale zdejmijmy różowe okulary. Nie ma równości w rodzicielstwie, a obecni bywają nieobecni. Kobiety idealizują swoich mężczyzn, ojców dzieci, pompując ich drugoplanową rolę w pozornie partnerskich życiach. Bo nie pasują oni do modelu podsyconego społecznymi oczekiwaniami, a dalej mediami i sztafetą szczurów, do jakiej wcześniej dały się zapędzić te milczące dziś matki, które w przyszłości przekażą pałeczkę swoim idealnym i genialnym dzieciom najlepszych rodziców.

I tylko czasem, co odważniejsza, powie bez owijania w bawełnę „Jest, ale w taki sposób, że równie dobrze mogłoby go nie być, a dziecko i tak nie zauważy”.