Po pół roku na Śląsku – wracamy na nasz Dziki Zachód. Do domu 🙂 No, przynajmniej na jakiś czas, choć na razie zbytnio się nie rozgościmy bo przedtem mamy w planach jeszcze dwa przepakowania ;). Oł jeah!

Jechaliśmy tu z ekscytacją. Serce Śląska zawsze nas intrygowało, a charakterystyczne „krajobrazy” pociągały. Pewnie niektórzy myślą teraz, że w głowach nam się poprzewracało, ale zapewniam Was, że to co się o tym regionie i ludziach stąd mówi i myśli w innych miejscach kraju – to tylko mity.

Mieszkało nam się tu wyborowo.

Ludzie mili i uprzejmi. Porównując np. obsługę w sklepach do tej, którą znam z innych regionów Polski – bajka. Uśmiech, miła wymiana zdań – Europa! Sąsiedzi sympatyczni, uczynni, straż miejska pobłażliwa (przynajmniej za pierwszym razem ;)). Nowi znajomi – bardzo otwarci. Gdyby nie włam do samochodu i kradzież nawigacji byłoby perfekcyjnie. Ale coś w tym musi być, bo nawet  w małych sklepikach spotykam kartki odręcznie napisane, żeby portfeli pilnować, bo nie odpowiadają… No nie wiem… nam w każdym razie zdarzył się ten jeden incydent. Mógł się zdarzyć wszędzie.

Jedzenie mają dobre. To ważne. Bo podróże, a szczególnie tak długie, to też smaki. Zawsze zwracamy uwagę na podstawowe produkty: pieczywo, wędliny, ciasta… (niezły mamy zestaw nie ;)?).  I znów odwołam się do innych regionów. Mieszkaliśmy w miejscach,  których dobrego chleba nie uraczysz  w promieniu 40 kilometrów, wędliny są paskudne, a we wszystkich ciachach, nawet gdy cukiernia niby renomowana – czujesz „masło” w masie, a pod zębami chrupie cukier :/ Jedno jest pewne –  Ślązacy na jedzeniu się znają. Podniebienia były dopieszczone!

Szaro, buro, ponuro tu też nie jest. Przynajmniej nie bardziej niż w innych miejscach. Białe sukienki nie robią się czarne. Wprawdzie w sezonie grzewczym samochód mieliśmy nieco zakurzony, ale tak samo wyglądałby stojąc w Krakowie. Terenów zielonych, miejsc rekreacyjnych – sporo.

Niestety gołym okiem widać też biedę. Dużo biedy. Tak się złożyło, że okna  kuchni mieliśmy na plac, taki między blokami. Na środku placu (kto to wymyślił?) – śmietnik i trzepak. A, że te okna były w kuchni, a w kuchni często się jest – to się naoglądałam. Ludzie do tych śmietników, przychodzą jak do sklepu. Co chwilę ktoś. Co chwilę! Czasem się mijają. Nie wiem czy tego po prostu gdzie indziej tak nie widać, czy to kwestia tych śmietników wystawionych na widok publiczny, ale skala tego zjawiska jest przerażająca. Z kolei dzieci, takie maluchy wczesnoszkolne, całymi dniami przy tym trzepaku. Albo w piłkę tną.

Co poza tym? Świetnie rozwiązane sieci komunikacyjne, dobre drogi. Dużo atrakcji dla dzieciaków – tu zawsze jest co robić – pod warunkiem, że Śląsk traktuje się globalnie. Jest co zwiedzać i można się zgubić (szczególnie bez navi ;)). Dzieje się tu masa wydarzeń kulturalnych, naprawdę fajnie. Istna gratka dla fanów industrializmu. Smaczku pobytowi tutaj dodawała szczypta folkloru. A to ktoś zagaił do „bajtla”, a to mężowi się udzieliło i zamiast „tak” – odpowiadał mi „ja”, a to ktoś puścił z głośników na cały regulator niemiecką muzę. Pewnie nigdy nie słyszelibyśmy tych „specyficznych” utworów gdyby nie pobyt tutaj…

To mi się zebrało na podsumowania ;). Idę się dalej pakować. Miłego weekendu!