Też tak macie, że muzyka kojarzy Wam się z różnymi momentami życia? Tak samo jak niektóre smaki i zapachy?

Mijasz kogoś na ulicy, czujesz znajome perfumy i odpływasz we wspomnienia…

Lato 2000′, „nadmorze”.

Wasze pierwsze wspólne wakacje. Całych 10 dni pod namiotem po ojcu. Model z lat 70-tych chyba. Wyblakły lecz solidny. Ale jest kulturka. Pole porządne z pełnym węzłem, jedynie w nocy fundujesz kuksańce swojemu. Nie pomaga. Gdy go wreszcie obudzisz – nadal słyszysz chrapanie do ucha. Szit! To ten sam gość, który codziennie o 5:00 rano odpala zdezelowanego busa i nie daje spać circa setce osób jeżdżąc i pierdząc wokół pola. No chrapał najgłośniej ever, jakby obok Ciebie spał.

Pole cool, niezła też kasa w kieszeni. Aby zarobić na te wypasione dla nastolatków wakacje – sprzedaliście szafę. Szafa od niepamiętnych dla Ciebie czasów stała w komórce. Zapomniany antyk. Ze sto kilo wagi. W pracowni wujka i pod jego okiem całymi popołudniami dokonywaliście renowacji. A Ty? Zakitowałaś z milion dziurek po kornikach. Szlify, bejce. Sprzedane. Na Wakacje było.

Używałaś wtedy tych perfum…

Muzyka.

Słyszysz i jesteś tam. Wtedy. To nieprawda, to kit na korniki, że w czasie cofnąć się nie da. Bywa, że wystarczy włączyć ->play.

Oglądasz filmy? Zastanawiasz się czasem jak brzmiałoby Twoje życie gdyby podłożyć pod nie muzykę?

Moje mogłoby tętnić Michaelem Jacksonem w dzieciństwie i muzą mocno niepokorną w wieku małoletnim. Brzmiałoby też polskimi balladami rockowymi. Bardzo. Do dziś 6 płyt naprzemiennie kręci się w samochodzie. Pink Floydami by brzmiało i Edith Piaf. Eddiem Vedderem i soundtrackiem do „Into the Wild”. Setkami pojedynczych kawałków, które zawsze daję głośniej np. o tym, że Supergirls don’t cry. I radiem chilli zet w tle, po nocach.

Ale filmy są krótkie, a ścieżki dźwiękowe do nich sensowne, spójne. I gdyby tak głębiej zastanowić się to myślę, że moje życie brzmiałoby walcem.

Tym „Nad pięknym modrym Dunajem” Straussa, którego słuchałam jako dziecko z rodzicami i którego już nigdy z nimi obojgiem nie posłucham…

Tym lekkim. Wirującym. Tańczonym do upadłego wieczorami, na drewnianym parkiecie górskiej karczmy, z przyszłym mężem, gdyśmy już nie musieli ćwiczyć z instruktorem przed weselem bo znaliśmy go na pamięć. A nogi i serducha same niosły… Wirowaliśmy i seks.

I tym niszowego artysty, którego we trójkę słuchamy a i tańczymy nawet. Codziennie. Przed kolacją.